Jak czytac bloga? Trasa wyprawy - ex post :)

February 18th, 2009

Jeśli planujesz podróż do Ameryki Południowej i chcesz mieć fajną domenę www.aroundsouthamerica.eu mogę Ci ją wydzierżawić, bądź odsprzedać - proszę o kontakt! :)

Marko, stwory i zielsko

Opisy z nowyszych, bądź innych wypraw znajdziesz na:

http://micwasik.blogspot.com/
http://picasaweb.google.com/micwasik

Po prawej stronie pod “Categories” ułożona jest chronologicznie nasza wyprawa (0-99). Gdy skończysz jedną “kategorię”, przejdź do poniższej! :)

I. Brazylia

  • Bahia
  • Porto Alegre

II. Urugwaj - tylko przejazdem :)…

III. Argentyna

  • Buenos Aires
  • Peninsula Valdez
  • Ushuaia
  • Rio Gallegos - Swieta Wielkiej Nocy

IV. Chile

  • Torres del Paine

V. Argentyna c.d.

  • El Calafate - Glaciar Perito Moreno
  • El Chalten - Fitz Roy, Cerro Torre we mgle ;)…
  • Neuquen - dinozaury :)
  • San Rafael - winiarnie
  • Mendoza

VI. Chile cz.2

  • Przeprawa przez Andy - Paso El Salvador
  • Santiago de Chile
  • Lo Vicuna - kurs 10-o dniowy medytacji Vipassana
  • Santiago de Chile c.d.
  • Valparaiso

VII. Argentyna c.d.

  • Mendoza
  • Tucuman - nieco historii Argentyny i argentynski punk ;)
  • Salta - drugie po Buenos najpiejkniejsze miasto Argentyny (dla nas)

VIII. Boliwia

  • Salary Uyuni
  • Potosi - witaj “soroche” (choroba wysokosciowa 4.100 m n.p.m.)
  • Sucre - stolica knostytucyjna Boliwii
  • La Paz i Coroico - “Najniebezpieczniejsza” Droga Swiata na rowerach ;)
  • Copacabana
  • Isla del Sol - miejsce narodzin cywilizacji Inkow

IX. Peru

  • Ollantaytambo
  • Aguas Calientes & Machu Picchu - no bo jak bez tego w Am. Pld.? ;)
  • Urubamba - chill-out
  • Nazca - linie
  • Ica - sandboarding
  • Lima - tu Ewa wraca do Polski

Read the rest of this entry »

“Polska, mieszkam w Polsce”

December 31st, 2008

Ufff…
Tośmy w Polszy!
Nie trzeba już wrzucać fotek na picase i gryzgolić bloga ;)!
Z czystym sumieniem mogę “surfować” po sieci, nie maja wyrzutów sumienia, ze nie zwiedzam i “to samo mogę robić w domu” (bo w nim jestem ;))!

Największą radością są oczywiście ludzie!

Ale ceny to są tutaj konkretne…

Nie ma trzęsień ziemi, wybuchów wulkanów i panów z pistoletami próbujących cię obrobić (przynajmniej nie tylu, co w Ameryce Południowej) ;)!

Mam wrażenie, że ludzie mniej doceniają to, co mają… Są mniej radośni, serdeczni, mniej skorzy do bezinteresownego uśmiechu. Jasne - brak słońca wszystko tłumaczy ;)!

Jedzenie jest również pyszne - inne, ale wyśmienite bywa :)! Dlaczego bułeczka z białym serem, pomidorkiem, ogórasem kiszonym, majonezem Winiary (koniecznie ;)), sosem tao-tao nie może się równać ulicznemu posiłkowi w Ameryce Południowej ;)?!

Fajnie jest też rozumieć wszystko i pozwolić sobie na żarty w formie gry słów, co było nie lada wyczynem po hiszpańsku! :)

Lepiej potrafię zrozumieć ludzi i ich “odczytać”. Z jednej strony nie należy oceniać po wyglądzie, z drugiej nie mamy tyle czasu, by pozwolić sobie na ten komfort i nie uogólniać ;)!

Nie ukrywam, że tak klimatycznych mszy jak w tutejszym D.A. u Dominików nie doświadczyłem w Nowym Świecie (omijać “dziewiętnastkę” z o. Górą ;))!

Złota Polska Jesień… Ślicznie… Listki żółte, czerwone…  Żeby zawsze było słońce i nie padało - byłby ideał ;)!

Niskie ciśnienie jednak jest mocno odczuwalne, jesienna deprecha i takie tam… Wciąż sennie i wciągając tony zanieczyszczeń…

Co zaskakuje, że ludzie są bardzo nieufni, unikają wzroku, wszędzie pędzą…

Wrażenia nigdy się nie kończą i dlatego ten tekst nigdy nie będzie kompletny… :)

Around South America - resumen

December 31st, 2008
Ptaki dla Taty _ Birds for my father _ Aves para mi padre

Hemos hecho / visto muchas bailes tradicionales y contemporáneos, especialmente tango y salsa.

De artes marciales en Brasil, Argentina, Colombia vi los entrenimientos de capoeira. Muchas veces participio en el entreno :)! En Colombia entreno tai chi yang - una leccion muy “despoblada” y buena ;)! También en Colombia, Bogota he visitado una academia con 30 anos de historia de Ken-Jitsu y una academia de artes marciales mixtos en Popayan. Además yo vi un entreninmiento de kick-boxing en Quito! :) En Argentina he encontrado una clase de Pa Kua (kung fu) en El Bolsón.

Eso era la primera vez cuando tenia una camera digital. No soy un fotografo profesional, pero me gusto sacar fotos y se que necesito aprender mucho para ser un buen paparazi ;)!

No tuvimos suerte para esquiar en America del Sur (la estacion del ano), pero hemos hecho “sandboarding” (la tabla) en Peru, cerca Ica.

De deportes extremos salto de un puente en Banos(”puenting”), Equador y tambien he hecho parapente :)! Hemos bajado en los bicis en El Camino de los Muertes en Bolivia, cerca La Paz.

Una de cosas mas impresionantes fui la excursión para ver Los Salares de Uyuni en Bolivia.

No se puede contar cuantas montanas hemos subido, pero ahora la Cordillera no esta tan extraña a nosotros como antes ;)!

En Chile, cerca de Santiago hemos participado en el curso de meditación - casi dos semanas - bastante duro, pero una experiencia para toda la vida! Recomendamos :)!

La gente me preguntan sobre los animales… En verdad no vi muchos animales grandes en la selva. Creo que lo mas grandes eran monos en Parque Nacional Tyrona, Colombia. Hemos visto también monos pero como mascotas en las casas (tambien papagayos/loros grandes). Es muy difícil para ver animales silvestres (algunos me picaron ;) - ellos se esconden, tienen miedo de hombre, son muy silencios… En la selva he visto también hormigas, pajaros, aranas, mariposas.

El animal mas grande que yo vi era ballena, cerca Puerto Lopez, Ecuador - pero eso era en el mar. En este lugar también vi las pescas debajo de la agua haciendo “snorkeling”. Hay muchos aves en Isla de la Plata (isla 2 horas de Puerto Lopez).

En Península Valdez, Argentina hemos visto muchos lobos marinos, elefantes marinos, nandu, aves.

Estuve en la selva algunos veces y vi animales silvestres.

De cocina - era una otra pregunta. A mi me gustan cosas de la calle, que comen la gente del país - creo que son muy representativas y ricos :)! En Brasil, Argentina y Chile la comida no era muy económica y hemos cocinado los mismos. Pero el postre de Argentina no se puede olvidar :)! Dulce de leche con todos los kekes posibles ;)! Alfajores… Mniam! :) La parilla en Uruguay y Argentina - carne sobre la lena - muy rico :)! En Chile (y Madrid) se puede comprar mariscos bien económicos :)! De bebida no se puede olvidar de vinos argentinos - perfectos :)!

Comienzando de Bolivia la comida se cambio. Hemos comido en comedores - lugares sobre o al lado le los mercados, o en los mercados - todo lo que quieres :)! Una cosa interesante es, que en Bolivia, Ecuador, Colombia puedes comprar para desayuno o la cena una comida, que en Polonia se sirve solo para merienda/almuerzo - sopa, segundo, postre, jugo de frutas.

Jugos de frutas! Que ricos! Jugos naturales! De frutas que he visto por la primera vez en mi vida - dulces o agrios - pero siempre muy ricos! :)

En Ecuador he comido cuy y en Colombia hormigas (por favor - no comen! Para prepararlas la gente dan mucho dolor a ellas)! Además comí durante el viaje mixtos increíbles, que no traen nombres :)!

Algunos veces hemos preparado (en mayor parte Ewa - claro ;)) una comida polaca - también hemos comido en Sudamerica :)!

De carnes en Bolivia, Peru, Ecuador se come mucho pollo.

Hiszpania: Madrid / Niemcy: Frankfurt, Berlin / Polska: Poznan

October 1st, 2008
Spain. Madrid

28.09.2008 (niedz.)
Samolot Bogota - Madrid

Jeszcze dwa słowa o wylocie z Kolumbii: podatek lotniskowy wynosi 33 USD lub 67.000 COP. Chcieli mnie jeszcze jakimś podatkiem obciążyć, że niby jak się kupuje przez sieć, to się go nie płaci (a później trzeba), ale szczerze poinformowałem, że absolutnie nie jestem na takie wydatki przygotowany i posiadam 2 USD oraz ok. 5.000 COP, co jednak nie starczało na pokrycie opłaty i pani odstąpiła od obarczenia mnie tym jarzmem ;) - co to za podatek, którego nie trzeba płacić?! :) Jest, czy nie ma, czy “widzimisię” :)?! Widać taki podatek południowoamerykański ;)!

Historie o uzbrojonych wojakach na lotnisku też pewnie już dluuugą”brodę” mają, bo żadnych nie zauważyłem. Faktem jednak jest, że kontroli jest chyba ze trzy (z czego dwie - olewackie, w trzeciej rozpinają torbę i zaglądają w pudełeczka ;)) przed wejściem do samolotu…

O 14:05 Barajas, MADRID, Hiszpania. Terminal 1 - niby podobnie, ale inaczej. Nie bedę się na ten temat rozwodzić - too personal… Miałem wiele szczęscia: udało mi się znaleźć hosta i to w samiutkim centrum - Gran Via. Nawet po pewnym czasie jednak nikt inny nie odpisał, że byłby w stanie mnie przenocować… Zostawiłem plecak w pustym mieszkaniu i udałem się do Muzeum Prado (w niedziele 17-20 wstęp wolny), którego poprzednim razem nie udało się w całości zwiedzić… Duuużo wspomnień… W sumie nawet dobrze, że w drodze DO Ameryki Południowej nie zobaczyliśmy całości, bo muzeum jest ogromne i za dużo na raz wrażeń powoduje, że nie docenia się wszystkich dzieł odpowiednio. Zwiedziełem tylko parter i piwnicę i to mi zajęło trzy godzinki… :) Naprawdę warto! :)

Na 20-ą udałem się do pobliskiego kościółka (tego samego, co poprzednim razem - przed ośmioma miesiącami - też duuużo wspomnień) i widać postęp - rozumiałem zdecydowanie więcej, niż poprzednio :)!

W mieszkaniu czekałem na Andy’ego, który zlądował dość późno i mimo wielkiego odgrażania się mailowo już tegoż dnia nie zasiadł do kielicha (ku mojej uciesze, bom był wykończony ;)).

29.09.2008 (pon.)
Madrid. Andy

Co za śliczny dzień - krótki rękawek i krótkie spodenki - lepiej niż w Bogocie :)!

10.30 - w pobliżu mego lokum namierzyłem już dnia poprzedniego wystawę poświęconą Star Wars w centrum handlowym - super dla pasjonatów (fanem przynajmniej jestem): figurki, modele, kilka oryginalnych rekwizytów z planu filmowego (kaski), statuy rzeczywistych rozmiarów Darth Vadera, Rebeliantów, mnóstwo gadżetów :)!

Ok. 12-ej w jednym z parków natknąłem się na śliczne zdjęcia Jose Ruiz - wystawa w plenerze poświecona naturze - bomba! :)

13:00 - szczęście mi dopisało i odwiedziłem otwarty kościłl San Jose.

14:00 - trafiłem na Plaza de Espana, gdzie poprzednio nie dotarliśmy i namierzyłem pomnik Don Quijote i Sancho Pansy :)! Stamtąd już “żabi skok” do Palacio Real, Plaza de Oriente, Catedral de la Almudena, Plaza Grande, stacja kolejowa Atocha (ze sztuczna dżunglą w środku! :)).

Zaś chciałem zostawić polską książkę w Kościele Polskim, ale okazało się, że polscy księża tylko tam dojeżdżają i pobliski sklep wyłącznie z artykułami polskimi zyskał jedną pozycję do lektury ;)! Tu poczułem Polskę: jak w “Żabce” :) i polska mowa pani sprzedawczyni :)! Dotarło też do mnie, że w Europie od ponad pół roku jest kryzys gospodarczy (jeszcze później do mnie dotarło, że zasięg tego kryzysu jest zgoła światowy)… :) Jak dobrze, że swe “inwestycje” przelałem na konto oszczędnościowe ze stałym oprocentowaniem ;)!

Okazało się, że Andy “z gęby nie robi cholewy” i po przyjściu do domu, zaczęliśmy kosztować najpierw whisky, zaś przywiezione przeze mnie z Kolumbii - aguardiente (anyżkówe). Wesoło było, acz trochę dziwnie…

30.09.2008 (wt.)
Madrid. Andy

Śpiącego Andy’ego pożegnałem, on mnie również bardzo zaskakująco ;) i pędem na lotnisko :)!

O 13:10 - 15:30 lot Madryt - Frankfurt (Ryan Air, 30 EUR). Tutaj miałem tylko 1 h 15 min. na przesiadkę, ale udało się zdążyć :)! Co za zaskoczenie w Niemczech: deszcz, zimno, pani za kontuarem ani przez chwilę nie była mila…

O 16:45 - 17:55 lot Frankfurt - Berlin (Ryan Air, 32 EUR). W Berlinie nie lepiej…

Zaś tłuczemy się pociągiem do domu i wcale to nie był “fun”… Z lotniska wziąłem pociąg do granicy z przesiadką (9,10 EUR) - Frankfurt nad Odrą. Tutaj zasadniczo połączenia się prawie urywają. Miałem szczęście, że uprzejma poznana w pociągu Polka podwiozła mnie (nie osobiście) ok. 21-ej z Frankfurtu do Słubic na dworzec autobusowy - wcale w tej zimnicy, z plecakami, po nocy mi się nie uśmiechało iść, ale wyszedłem z założenia, że jak już się dostanę do Berlina, to nawet na piechotę te 150km dojdę do domu ;)! Nie moglem wcześniej nic rezerwować, bo nie byłem pewien, że uda mi się złapac drugi samolot w Niemczech.

W SŁUBICACH nieco bankomat mi zastrajkował, więc czarny scenariusz mi przemknął przed oczami, ale jeszcze kilka “eurusiów” mi zostało i po wymianie słuzyły dobrze :)!

Na autobus musiałem czekać ok. 1,5h, więc jeszcze, by nie marznąć udałem się do knajpy i zszokowały mnie rozmowy tam prowadzone… Negatywnie… Bardzo… No cóż…

Ok. 22:15-23:00 telepałem się autobusem ze Słubic do Rzepina (8,70 PLN).

W RZEPINIE dopiero o 23:57 pociąg do Poznania. Problem w tym, że cały leżąco-sypialno-kuszetkowy. Po raz kolejny poczułem (bez wskazywania proweniencji) nieuprzejmość ludzką, ale kierownik pociągu okazał się być człowiekiem i za rozsądną cenę dojechałem około 2-ej w nocy pierwszego października do Poznania :)!

Dziś, kiedy to pisze jest 11-y października. Wydarzenia po przyjeździe do Polski nie kwalifikują się tematycznie pod ten blog, wiec rzeknę tylko, by uprzedzić ewentualne pytania dlaczego się nie odzywałem zaraz po przyjeździe, że miałem to szczęście spotkać się jeszcze z moim długo chorującym, wielce drogim Wujem, zanim odszedł…

Ten blog dedykuje jemu…

Kolumbia: Bogota - po raz drugi i ostatni :)…

September 27th, 2008
Colombia. Bogota

23.09.2008 (wt.)

Noc w busie Medellin-Bogota (30.000 COP, z przygodami ;))
Z rana zostawiłem część rzeczy u Adriany.
Następnie udałem się do Informacji Turystycznej.
www.tuboleta.com
www.paginasamarillas.com
Carrara ma układ północ-południe, Calle – wschód-zachód. Próbowałem odnaleźć akademię Choy Lee Fut, co mi się udało, ale okazało się, że to zwykły dom. Kontakt na instruktora poniżej, ale nie miałem czasu się z nim skontaktować:

Luis Eduardo Torres

Choy Lee Fut

311 451 8309

Odwiedziłem Panamericane (sklep z elektroniką typu Media Markt), gdzie wcześniej kupiłem aparat, ale nie dało się wymienić na nowy (w Tyronie się spsuł nieco)…Udało się też bez większych problemów (a takiego szczęścia nie miałem poprzednim razem) zrealizować ostatni czek podróżny :)!

Przehandlowałem też namiot za nieco świecidełek (magnesita - niebieska; agata - z Brazylii agat; murrina - szkło artystyczne; opalina - piedra luna - przezroczysty błękit; chocho - czerwone ziarna).

Wieczór ukulturalniony na V Festical Distrital “Cuerpos de Ciudad” w Teatro Nacional wraz z Jaime (pożeracz hamburgerów - tu się zwą “hamburguesa”, czyli rodzaj żeński ;))!

24.09.2008 (śr.)
Bogota. Jaime

Spędziłem w sumie 5h na poszukiwaniu sklepu z kimonami… No trochę rozglądałem się po innych miejscach, ale fakt faktem… Ok, pomyliłem carrera z calle - ale tu czasem jako pierwszą piszą carrera, czasem calle - trza być uważnym ;). Niestety nie mieli tego, czego szukałem, ale kupiłem ochraniacze na łokcie (45.000 COP). Po drodze jeszcze jakiś sweterek wpadł (40.000 COP) :).

Ok. 13:00 byłem na Universidad Nacional, zobaczyć słynny plac Che (wraz z muralem).

Trafiły się też pokazy capoeiry i jakiś koncert w campusie :)!

Udałem się na popołudniową drzemkę do domu i o 17:30 w żółwim tempie wyruszyłem w stronę Katedry, by zaś iść do teatru.

V Festical Distrital “Cuerpos de Ciudad”

Teatro Delia Zapata Olivella

Zaś do knajpki na Plazoleta del Chorro de Quevedo :)! 

25.09.2008 (czw.)
Bogota. Jaime

Jadę z Jaime na jefo uniwersytet El Bosque. Jaime jest tam wykładowcą. Słucham jego nudnego ;) wykładu i szybko się ewakuuje na Internet.

Zaś słucham części prelekcji m.in. o Gai i innych bytach - ciekawe ;)!

Następnie się udajemy na Coravastos - jeden z największych targów żywności na świecie!

Bardzo miło spędzam tam czas na smakowaniu potraw kolumbijskich w miłym towarzystwie Camilo (10.000 COP): mondango, curuba (typu granadilla, maracuja), papalluela, ternera (krówka ;)), torta de platano maduro - pyyycha! :)

Nastepnie prosze Jaime, by mnie zostawił na stacji Transmillenio i zwiedzam:

Kościół Santa Clara (1.500 COP - stud.) - muzeum podobne do tego w Tunja, lecz nie tak zapuszczone (nawet zaczynam rozpoznawać świętych na ołtarzach - kto jest kto ;))!

Kościół San Augustin (zamknięty).

Kościół de la Concepcion.

Trafiam też przypadkiem do muzeum m.in. na wystawę o wyludnieniach – „desplazados” (podobna jak w Medellin), tym razem w klasztorze San Augustin.

Palacio de Nariño (żeby przejść jest kontrola toreb przez żołnierzy).

Wpadam do domu na chwile na małą kimkę, bo wieczorem koncert! Udaję się też do Adrianny zostawić/odebrać rzeczy.Show odbywa się  w Club Sayaka, gra Charles King reprezentujący styl muzyki zwany champeta, mający swe korzenie w rytmach wybrzeża.

Mieli wpuszczać o 21-ej. Jak przybyłem (i Jaime też) o 21:30 lokal był zamknięty…Poszliśmy do pobliskiego parku, który zaskakująco przypominał Las Lleras z Medellin - wokół ekskluzywne restauracje dla - jak to określił Jaime - yuppies…Po 22:00 wpuszczali (15.000 COP wraz z promo-CD), ale była tylko muza DJ i jakoś się jeszcze nie „kręciło”…Zrobiliśmy kolejny spacer tym razem po Zona Rosa, która wbrew nazwie wcale nie przypomina tej z Amsterdamu (zasłyszane z opowieści). Dużo wielkich, ekskluzywnych klubów, restauracji. Nieco dalej oferty “niñas”, ale bez wielkiego natręctwa.Wróciliśmy do klubu i się zaczęło! Rodzaj muzyki – champeta - nieco podobny jak dla mnie do calispo i naprawdę fajnie! Muszę jednak powiedzieć, że tym razem Kolumbijczycy mnie jakoś tańcem specjalnie nie zaskoczyli. Nie było jakiejś ogólnej, szalonej fiesty, ale muza była super! Czarny wokal nawet zwiedził cały lokal z mikrofonem, więc było zabawnie :)!
26.09.2008 (pt.)
Bogota. Jaime

Część dalsza poszukiwania gi (kimona)… Ogólnie bieda… Sklepy sportowe (głownie football).

Siete de Augosto (Cr. 24, Cl. 63)

Cr. 4, Cl. 17

Z ciekawostek napotkałem akademię sztuk walki założoną w 1973 r.. Mistrz mnie oprowadził i było super miło! Mnóstwo fotek historycznych z mistrzami, dyplomów, rodzajów broni; akademia trzypiętrowa :)!

Academia de Artes Marciales Ken-Jitsu

Av. Calle 63 No 17 - 54

Chapinero, Bogota Colombia2 49 05 422 49 07 31

www.ken-jitsu.com

ken-jitsu@ken-jitsu.com

Ponoć w Quito, w Ekwadorze można dostać wszystkie rodzaje kimon:
Tigre y Dragon

Santiago Gomez
Implementos y articulos para Artes Marciales
Av. de la Prensa N. 71-22 y Pablo Picasso

Quito

Ecuador

tigreycentauro@terra.es

249 1517

cel. 08 705 384009 898 6955

cel. Bogota 317 359 4520

W trakcie ogólnej szwendaniny napotkałem też akademię capoeira i miałem wiele szczęścia, bo akurat ktoś przyszedł ją otworzyć! Chciałem kupić spodnie capo (40.000 COP) na prezent, ale mieli tylko z nazwa mistrza…

Capoeria AbolicaoMestre Delei

Kaculawww.delei.com

molecapoeira@hotmail.com

2 114 256 313 37 42 649

Już prawie kupiłem skórzaną kurtawę, ale coś zaczęli przerabiać zamki i nie wyszło im, więc zrezygnowałem…

Polecam artesanias z dobrymi cenami, gdzie zrobiłem zakupy: Cra. 7 No. 22-66 Local 66-36-52 (super miło) - tu!

Cra. 7 No. 12-54 Local 6B

Bogota

O 16:00 Transmillenio organizowało popołudnie kulturalne, gdzie też się wybrałem. Grupo Musical Batucada Unidos do Uirapuru.Czy to nie dziwny zbieg okoliczności, że zaczynałem podróż w Bahia, Brazylia i kończę słuchając muzyki brazylijskiej z Bahia? Grupo de Danza Internacional (Univ. Cooperativa de Colombia) Żegna mnie też tango argentyńskie i wspomnienia z nim związane… Żeby się ukulturalnić do konca, wybieram się już po raz trzeci na spektakl z cyklu:

V Festical Distrital “Cuerpos de Ciudad” do Teatro Delia Zapata Olivella (2 sztuki, z czego jedną wcześniej już widziałem). Super! Taka nasza “Malta”!Nautilus Danza Contemporanea, Obra: Alla adentro!Korpe Danza, Obra: Madame

27.09.2008 (sob.)
Bogota. Adriana

Pakowanie!Wysypały się moje nadzieje na nocleg w Madrycie i poszukuje pilnie czegoś…Lot mam o 21-ej do Madrytu. Tam dwie noce i podróży część dalsza we wtorek. Kiedy w Polsce - któż to wie ;)! 

Kolumbia: Santa Fe de Antioquia oraz Medellin - tu moge mieszkać :)!

September 22nd, 2008

Santa Fe de Antioquia - plebiscyt na najbardziej urocze miasteczko rozstrzygnięty :)!

Colombia. Santa Fe de Antioquia

17.09.2008 (czw.)
bus Cartagena - Medellin (85.000 COP - super drogo, 12h)

Rano, ok. 9-ej przybyłem do Medellin. Zaraz szybciutko załadowałem się w autobus do Santa Fe de Antioquia (9.000 COP, prawie 2h).
Miasteczko jest z serii Saleto, Villa de Leyva, Barichara. W plebiscycie na najładniejsze dla mnie zwycięzcą jest Salento, choć Villa też ma klasę :)!

S.F.d.A. to kolonialne miasteczko, zaledwie kilka „kwadr” do przejścia, 4 kościołki (zazwyczaj zamknięte ;)).
Oddalony o ok. 5km jest Puente de Occidente (most). Maszerując w jego kierunku, zdarzyła się rzecz niespotykana - zatrzymały się eleganckim jeepem dwie urocze dziewczęta, oferując mi podwózkę (bez żadnego “machania” :))! Bardzo milo! Okazało się, że Maria mieszka w Medellin i obwozi Belgijkę, mieszkającą w Londynie po okolicy! Obejrzeliśmy bardzo ładny most linowy i zjedliśmy lunch! Następnie udaliśmy się autem do pobliskiej wioski (nie pamiętam nazwy - brak w Lonely Planet) i dziewczęta zostawiły mnie w Santa Fe de Antioquia. Miałem możliwość zabrania się do Medellin, ale nie mogłem się dodzwonić do Fernando.
Dokończyłem zwiedzanie miasta, wraz z widokami wieczornymi, dziękczynną wizytą w kościółku o 19:30 (trochę też w ramach “zabicia czasu” przyznaję) i na jakimś pastwisku rozbiłem cichcem namiot :)!
Tegoż dnia próbowałem mamoncillo - wygląda jak winogrono zielone, z wielką pestką w środku, nieco kwaskowate.
Tamarindo - mniam ;)! Co to było?!

Colombia. Medellin

18.09.2008 (czw.)
Santa Fe de Antioquia. Pole

Od 6-ej wyglądałem busika do Medellin, ostatecznie przybył ok. 6:40 (9.000 COP, prawie 2h).
MEDELLIN - rutynowo zacząłem od informacji turystycznej. Nie jest to miasto bardzo turystyczne. Jest nowoczesne, super sprawnie się można przemieszczać, jest czysto i chyba w miarę bezpiecznie, a najlepsze jest to, że dla Kolumbijczyków tu wciąż jest wiosna, dla nas lato :)! Piękny klimat, wysokość chyba 1.200 - 1.600 m n.p.m..
O 11-ej byłem u Fernando w biurze - Alcandia. Nieźle się namęczyłem, by tam wejść - 1.000 kontroli (jak się wjeżdża autem oglądają lusterkiem podwozie, czy nie ma bomby ;))!
Fernando od początku (nawet korespondując) zrobił na mnie bardzo dobre wrażenie, które podczas wizyty potwierdził :)!
Niestety tutejsza “manana” spowodowała, że trochę musiałem czekać, ale pożytecznie wykorzystałem ten czas na zaległości netowe.
O 14:00 poszliśmy na Plaza Grande na obiad (10.000 COP).
Zaś Fernando pracował, a ja szwendałem się po mieście - tak naprawdę nie ma wiele do zaoferowania turystom, ale zapewne standard życia jest wysoki.
O 17/18 udaliśmy się do firmy z XXIII w. ilimitada S.A. Super ciekawe business spotkanie - nowoczesne technologie komunikacyjne - firma IT! Super ciekawe również, jakimi kanałami można teraz dotrzeć do “klienta”: sms, mms, telewizja, telegazeta - wszystko zintegrowane i w czasię rzeczywistym :)! No i ekspresja latino-szefa :)! Show jak 150x! J
Jedyny smutek, że tego dnia, po raz pierwszy od dawna poczułem się jak w pracy… Biuro, spotkanie…
Wcale to nie było przyjemne uczucie… Lepiej podróżować :)!
Szukam sponsorów!!! ;)
Na kolację udaliśmy się do znajomego Fernando, który nas uraczył kremem z pomidorów i świetnym spaghetti.

19.09.2008 (pt.)
Medellin. Fernando

O 10-ej miałem się spotkać z ks. Mariuszem (Palotynem), ale przesunęliśmy spotkanie na 13-ą.
W międzyczasie odwiedziłem dzielnicę tanga w Medellin (! niespodzianka :)!) - Manrique. To właśnie tutaj umarł Carlos Gardel i znajdziemy tu jego muzeum - dom. Niestety pani, która doglądała tego dobytku akurat wyszła i mimo półgodzinnego oczekiwania nie pojawiła się, więc wejść do środka się nie udało :(… Ale mam fotki z ulicy ;)!
Z ciekawych wydarzeń odwiedziłem fryzjera (5.000 COP) i zostałem obsłużony bardzo kompleksowo, łącznie w goleniem ;)! (piszczelem ;))!
Po drodze na ul. Junin zrobiłem zakupy, bo rzeczy się “kończą”: pantanlony (spodnie) (32.000 COP, ok. 40 PLN) i koszulka (10.000 COP, ok. 12.50 PLN).
O 13-ej stawiłem się u bardzo sympatycznego ks. Mariusza! Uraczył mnie wyśmienitym obiadem, wyborną kawą. Najważniejsza była jednak spowiedź (ostatnia 5 m-cy temu) i jakoś wiele lżej na duszy ;)!
Niespodziewanie trafiła się całkiem porządna burza i po oczekiwaniu pod folią ok. 45 min. udało się wyjść na metro do Alcandia.
O 15:45 wraz z Fernando i Alejandro (pracują dla miasta) pojechaliśmy do dzielnic Granizo i Poblado oglądać murale (ścienne grafitti). Po drodze odwiedziliśmy panaderię (nie tylko ja jestem ich fanem ;)), a na zakończenie wstąpiliśmy do Latin-jazz&salsa baru (mega klimatyczny). Ciekawostką jest, że taka wizyta jeszcze kilka lat temu nie była by możliwa, bo były to dzielnice o wysokim poziomie przestępczości (broń, narkotyki).
Wieczór spędziliśmy w towarzystwie partnerki Fernando przy miłej kolacji z winkiem :)!

20.09.2008 (sob.)
Medellin. Fernando

Dzisiejszy dzień zaczęliśmy o 7-ej rano od treningu tai chi w parku, niedaleko domu! Super! Ciekawe jest, że wiele jest elementów wspólnych z innymi szkołami kung fu!
Sklep z artykułami do sportów walki:
www.artesmarcialesilyong.com
pancerz Tea kwon do (adidas) - 120.000 COP
rękawice “chwytne” - 60/70/120.000 COP
judoka/gi nieb. - 160.000 COP
spodnie kung fu - 35.000 COP

Zaś mieliśmy zjeść obiad z synem Fernando, ale nie można było się z nim skontaktować i koniec końców się nie doczekaliśmy.
Pojechaliśmy za to do centrum komercyjnego (jak egzotycznie ;)), by się uraczyć pantaconem (platano verde) w wersji tipico :)! Banan przekształcony jest w chrupiącą, cienką warstwę ciasta, a na górę się ładuje, co “wlezie”: mielone mięso, aguacate itp.
Następnie udaliśmy się na zasłużony odpoczynek do domu.
Fernando musiał wyjść do pracy (w sobotę 19-22 ;)!), a po jego powrocie odebraliśmy Bertę (partnerka) i pojechaliśmy na “rumbę“! ;)
Najpierw w Envigado zjedliśmy “kaszankę” z “arepa” (”morcilla&arepa“), które to są typowe dla Medellin (kraj Paisow ;)). Jakim zaskoczeniem dla nich było, że u nas też to jest!
Hitem wieczoru byli staruszkowie muzykanci, którzy za 5.000 COP uraczą Cię piosenką na trzy gitary! Przeurocze! Bez empanad nie mogło się obejść ;)!
Nie odnaleźliśmy w gąszczu ulic lokalu z muzyką na żywo, ale to nic!
Następnie udaliśmy się do Jardin las Lleras, by słuchać naddzierającego się MC Kubańczyka przy kawce i drinkach.
Pogoda nie dopisała - wciąż mżyło.

21.09.2008 (niedz.)
Medellin. Fernando

Jak na niedzielę przystało zacząłem od mszy w katedrze, jako odmiana od dawna wraz z Eucharystią :)!
Zaś nieco się szlajałem po okolicy Parque Bolivar, Parque San Antonio, Parque Berrio - robiąc zakupy.
Info: nie ma za bardzo “ferii” (rynków, targowisk) w Medellin :(… Wszystko się +- w okolicy centrum kupuje, też na ulicy.
Najważniejsze jednak było odwiedzenie dwóch lokali, gdzie się tańczy tango, bo nie wiem, czy wiecie - dla mnie to było zaskoczeniem - w Medellin istnieje wielu “wyznawców” tanga!

Club del Tango Homero Manzi
www.casatangohomeromanzi.com
Był zamknięty - nic dziwnego - niedziela południe. Milongi są w czwartki i soboty.Salon Malaga
Milongi są w czwartki i soboty.
Tutaj mnie spotkała miła niespodzianka. Zapytując “co i jak” manager zaprowadził mnie piętro niżej, gdzie - jak się okazało - jest sala do ćwiczeń tango. Akurat trafiłem na lekcję. Oprócz przyglądania się adeptom tango, nauczyciel specjalnie dla mnie wraz z “paisą” zaprezentowali mi tango. Zaś jeszcze dwie pary studentów się produkowały! ;) Ludzie są przemili! ;)

Następnie wróciłem do domu i udaliśmy się ok. 14-ej na mecz:
Deportivo Independiente Medellin vs Atletico Nacional (2:1)Niesamowite doświadczenie! Mój drugi mecz w życiu (poprzedni w Niemczech dla odmiany ;))! Nie jestem ekspertem, lecz wydaje mi się, że mimo wszystko jakoś wiele bardziej pokojowo wszystko przebiegało, mimo, że drużyny wybitnie antagonistyczne…Dużą niespodzianką była też możliwość oglądania jak się robi program na żywo z ciężarówce telewizyjnej przy stadionie (Berta pracuje w “Une” - kanał telewizyjny). Jeszcze większym zaskoczeniem było zobaczenie mojego znajomego z pracy Fernando - Alejandro - prezentującego mecz w telewizji! ;)
Wieczór spędziliśmy w domu, zaczynając smakując tronja - grejpfrut, a kończąc “jammując” na dwóch gitarach akustycznych do nocy! ;) Trzeba Wam wiedzieć, że Fernando może mieć z 50 lat, ale młody duchem wielce! I tyle wspólnych zainteresowań! J
Z ciekawostek “bocadillo“, co znaczy w Hiszpani “kanapka”, tutaj rozumiane jest jako skondensowana marmolada ;)!

22.09.2008 (pon.)
Medellin. Fernando

Dziś / jutro się zaczyna jesień - wcale tu tego nie widać ;)…
Dzień na nadrobienie bloga.
Po południu idę się spotkać z Ks. Mariuszem, bośmy się nie nagadali ostatnio.
W nocy jadę autobusem Medellin - Bogota (40.000 COP, 9h).

Kolumbia: Volcan de Lodo El Totumo oraz Cartagena - najładniejsze miasto Ameryki Poludniowej :)

September 16th, 2008
Colombia. Volcan de Lodo El Totumo

12.09.2008 (pt.)
Taganga. Monica (5.000 COP, namiot)

Rano o 6-ej pobudka, zwijanie namiotu, pakowanie, śniadanko, prysznic i w drogę!
7:00 bus Taganga - Santa Marta terminal (1.000 COP)
8:00 bus Santa Marta - Burranquilla (7.000 COP, 2h)Zostawili mnie gdzieś na środku drogi, skąd wziąłem “maxi-taxi” z 3 wielkimi Murzynkami do El Totumo (3.000 COP, 40 min.). Stamtąd trzeba dojść drogą 15-30 min. i zaś odbija się do wulkanu kolejne 15 min.
VOLCAN DE LODO EL TOTUMO ma zaledwie 15m wysokości (5.000 COP), wchodzi się po drabince i można taplać się w błocku, które ponoć wypływa z 2.000m poniżej! Świetne doświadczenie! Zupełnie inna wyporność niż woda, a zanurkować to się prawie nie da! ;)
Zaś można dać obeschnąć błocku (ponoć ma jakieś ”magiczne” właściwości zdrowotne) i skąpać się w pobliskim jeziorku. Są tez panie, które oferują pomoc w zmywaniu błocka (tylko nie wiem po co – przecie samemu też można, nie?! ;)).
Jako dobre zakończenie tegoż doświadczenia uraczyłem się całym orzechem kokosowym (2.000 COP), którego to chyba od Brazylii nie jadłem :)!
Ok. 15:30 na jakiś bocznych drogach udało mi się złapać bus do Cartageny (2.000 COP, 1 h), wcześniej klucząc miejscowym busem po wioseczkach (trochę skomplikowanie się wydostać z tego wulkanu ;))!
O 18:00 dobiłem do Cartageny i zładowałem u Fernando, który planuje 10-o letnią podróż na motorze dookoła świata - to ci dopiero! ;)

Colombia. Cartagena

13.09.2008 (sob.)
Cartagena. Fernando

Wstaję wcześnie, by się zabrać autem do Cartageny z Felipe (syn Fernando) - mieszkają nieco (2h) poza centrum, w Turbaco ;)!
O 8:00, chyba jako pierwsza osoba tegoż dnia zwiedzam Castillo de San Felipe (7.000 COP - stud.). Druga w moim życiu tego typu fortyfikacja, jaką widziałem - pierwsza była chyba w Irlandii. Jest to forteca przeciw piratom i innym najeźdźcom, kolonialna ma się rozumieć, z armatami, wieżyczkami obserwacyjnymi, tunelami podziemnymi - znów czuję się jak w grze “Secret of Monkey Island” (Lucas Arts) ;)!
CARTAGENA, a w szczególności “ciudad amurallada” (miasto otoczone murami) naprawdę jest najśliczniejszą częścią historyczną tego typu w Am. Płd. (z tego. co widziałem) - Lonely Planet tym razem nie kłamał ;)!
Mnóstwo tu kolorowych domów, z balkonami, werandami, wszystko ukwiecone, bezpiecznie i… trochę za gorąco jak dla mnie ;)!
Odwiedziłem Muzeum Złota - szczególnie mnie zachwyciły figurki rodem z science fiction!
Ok. 13:30 udałem się do “bevegas”, takie “piwnice”, gdzie obecnie sprzedają “artesanales”, czyli artyści, rzemieślnicy. W obrębie miasta “obmurowanego” wszystko jest jednak drogie…
Na zakończenie dnia udałem się na przechadzkę po murach obronnych. Jako, że słońce mnie zmęczyło udałem się wcześniej do domu, po drodze zahaczając o tutejszy “Carrefour”, czyli “Exito” J - krajoznawczo :)!
Wieczorek spędziłem przed kompem, porządkując fotki!

14.09.2008 (niedz.)
Cartagena. Fernando

Typowy punkt programu niedzielnego - kościółek na 10-ą, zaś zwiedzanie innych świątyń (w niedziele rano duża szansa, że są otwarte) ;) - Santo Domingo, katedra!
Ok. 11:30 udałem się na Mercado Bazurto - miejsce, gdzie kupują mieszkańcy Cartageny, nie turyści. Czadowe krótkie spodenki “karaibskie” mają, więc zakupiłem od razu dwie pary J (13.000 COP, 5.000 COP). Trochę upominków innych też nazbierałem ;)!
Lubię rynki! Ten jest wielki i ciekawy! Jest wszystko: jedzenie, rzeczy, stragany, sklepy - się dzieje! J Najfajniej raczyć się tutejszymi specjałami na ryneczku: arepy (1.000 COP; 1,25 PLN), banany (100 COP za sztukę!), sok z limonek (500-2000 COP; 0,70-2,50 PLN), coco (1.500 COP), cocada - “kokosanka” (500 COP).
O 15:30 zładowałem w domu, bo Felipe i współtowarzysz - Jaime - mieli próbę zespołu! I to jakiego! W środku Kolumbii, nad Morzem Karaibskim - nie salsa, vallenato, cha-npeta, tylko BLACK METAL :)! Felipe wygląda jak na ładnego chłopca z katalogi odzieży, ale nie sądźmy po wyglądzie! Co za super szczęście, że spotkałem osobę o takich samych zainteresowaniach jak ja (tak, wrócę do robienia muzy po powrocie - koniecznie ;))! Chłopaki nagrywają na kompie, czyli na całym świecie jest tak samo!
www.myspace.com/feretroz (Malendo - check it out! ;))

Wieczorem bloga część wtóra ;)!

15.09.2008 (pon.)
Cartagena. Fernando

Rano się trochę przed kompem zasiedziałem i o 11-ej wybyłem znów na Mercado Bazurto w poszukiwaniu łódki na Playa Blanca - było jednak za późno… Dowiedziałem się natomiast, jak tam można się dostać “alternatywnie”, nie z przystani turystycznej za 40.000 COP :)!
Wszędzie minutos / llamadas - sprzedaż rozmów na komórki i stacjonarne ;)!
Ponownie odwiedziłem centrum, a konkretnie Palacio de la Inquisicion & Museo Historico (7.000 COP - stud.). To już drugie Muzeum Inkwizycji podczas mojej podróży (poprzednie w Limie - dwa razy odwiedziłem ;))! Chyba ze względu na przewodnika, bardziej mi się podobało w Limie - tu się zwiedza solo, ale i tak jest ciekawe (narzędzia tortur oczywiście, “wicked” zainteresowania ;))!
Museo Naval de Caribe w poniedziałek jest niestety zamknięte…
Poczekałem aż się ściemni, by zobaczyć podświetlenia budynków wieczorem - warto :)!
Trafiłem też na przepyszne lody z “dulce de leche” (”arequipe”) - 3 gały giganty za 1.000-1.500 COP! ;)

16.09.2008 (wt.)
Cartagena. Fernando

O 6-ej pobudka. Podróż na Playa Blanca zabrała mi wieki… Nie wiem, czy nie lepiej jednak z molo turystycznego płynąc… A było to tak:
Bus z domu do El Amparo (1.200 COP)
El Amparo - Buenos Aires (1.100 COP)Buenos Aires - Pasacaballo (1.200 COP, 1h) - taka wiochaPasacaballo - łódka (”lancha”) (2.000 COP, zdarli ze mnie i nie dało się negocjować, winno być 1.000 COP)
Moto z “Lancha” - Santana (chcieli 20.000 COP do Playa Blanca, winno być ok. 7.000 COP) i tez “nie negocjowalni”. Skończyło się na 4.000 COP, winno być 3.000 COP do Santana, skąd jest bus ok. 9-ej).
Bus Santana - Playa Blanca (2.000 COP, 1h). Już w autobusie panie mi oferowały masaż na plaży, w międzyczasie bus stanął w dymie - pierwsza ewakuacja pasażerów… Ze względu na deszcz poprzedniego dnia droga była w strasznym stanie i znów trzeba było wysiadać, by bus przejechał przez kałużę… Sami Murzyni oczywiście w busie - i simpatico :)!
PLAYA BLANCA jest ładna, ale nieco zaśmiecona… Snorkelowałem i fakt - jak słyszałem - woda bardziej przejrzysta niż w Taganga, rafa fajniejsza, ale do Isla de la Plata duuużo brakuje ;)!
Trochę się poprzechadzałem w tą i z powrotem, dałem się skusić na masaż w końcu (18.000 COP, cale ciało), lecz super profesjonalnie to to nie było - takie mam w ogóle wrażenie, że jakość nie jest najsilniejsza stroną Kolumbii ;)!
Ja chyba nie jestem typem plażowym - nudzi mnie szybko plaża… Czytam, smażę się, ale ile można ;)?!
Powrót zaserwowałem sobie komfortowy - łódką i udało się całkiem niedrogo (10.000 COP) wynegocjować do Cartageny (nie będziemy niereformowalnych murzajów ponownie wspierać ;)). Podróż była krotka (40 min.), ale super!!! Oglądać można wyspy pobliskie, mury obronne z morza, fale powodowały, że łódka skakała jak szalona :)! Bomba! J W końcu to pewnie ostatni raz na morzu! ;)
Po powrocie do domu sprint: prysznic, pakowanie, kolacja, mail i na bus Cartagena - Medellin (85.000 COP - super drogo, 12h).
Z bonusów - soki przyrządzają tak: lód, owoce, woda/mleko, cukier - wszystko do miksera (musze kupić do domu taki ;)) i cedzą przez sitko, ale ja wolę ze wszystkim - więcej substancji odżywczych ;)!

Kolumbia: Santa Marta, Parque Nacional Tyrona, Taganga - chill-out and Morzem Karaibskim

September 11th, 2008
Colombia. Parque Nacional Tyrona

08.09.2008 (pon.)
Bus San Gil - Santa Marta (50.000 COP, cała noc)

Spało się słodko - chyba przez te deszcze i niż atmosferyczny (czyli nawet w brzydkiej pogodzie można znaleźć pozytywne strony ;))!
Węszyłem jakąś ściemę, jak mi sprzedawał “szczyl” bilet i zaś chciał cos poprawiać, no i po wczorajszym wywalczeniu miejsca, dziś autobus jechał tylko do Cienaga i znów musiałem domagać się tego, co mi się należy… Koniec końców dostałem pieniądze na bilet do Santa Marta (2.000 COP, 1/2h).

W SANTA MARTA z dworca autobusowego, by dostać się do Parku Narodowego Tyrona można iść/jechać do skrzyżowania Mamatoco, a stamtąd udać się autobusem do El Zaino (4.000 COP, 2h). W jakimś blogu przeczytałem, że można “zaoszczędzić” wejściówkę do P.N. i udałem się do Calabazo (gdzie poprzedni kierowca busa nie chciał mnie wysadzić). Niestety/stety jednak już się wycwanili i kasują w tym miejscu też (jak przuważą ;)) - bagatela 25.000 COP.

W PARQUE NACIONAL TYRONA najpierw udałem się do PLAYA BRAVA, co zajęło mi trzy godziny… Okazało się, że jest to plaża prywatna (to jest ciekawe, że w Kolumbii w Parkach Narodowych zdarzają się tereny prywatne…), poprzedni turysta był tam dwa tygodnie przede mną i jest mega drożyzna (cabana - 60.000 COP, camping - 20.000 COP i estancia, czyli pobyt - 8.000 COP). Wykąpałem się więc, nacieszyłem Morzem Karaibskim - moim z dawien dawna marzeniem - zrealizowanym :)) i poszedłem jakimś skrótem do El Pueblito.

Do EL PUEBLITO szedłem chyba najbardziej dżunglowatą dżunglą, jakiej do tej pory doświadczyłem: gorąco, parno, wilgotno, ciemno (! jednak książka outdoorowa nie kłamała, że do dżungli należy zabrać filmy wysoce światłoczule ;)). Ponadto jak się człowiek na chwile zatrzyma - od razu Cie coś obłazi, pełno stworów (ptaki, pająki, świerszcze wielokolorowe, “wielonogi”, “hałaśniki” - takie same, jak w Chinach sądząc po odgłosie ;), mnóstwo mrówek robiących sobie szlaczek, dróżki - ile to ich musi się nachodzić?! ;), motyle, jaszczurki, meszki, kolibry, zaś na plaży kraby - wyprzedzając nieco ;)). No i sielankę popsuł deszcz - zaczęło padać (jak w filmach o Wietnamie - dżungla, liany i pada - sama prawda ;)) (1,5h)!
El Pueblito jest osadą Indian z tego rejonu, albo ich ruiną. Spotkałem rodzinkę, która wyglądała, jakby za karę tam siedzieli (rodzice z dwójką młokosów). Pewnie im plącą, by autentycznie wyglądali… Żałosne… I jacyś mało kontaktowi… Sama osada przywodzi na myśl twierdze Kuelap z Peru - okrągłe domy, choć rozmiarem nie może się w żadnym stopniu równać…
Po 1,5h wędrówce (El Pueblito jest na wzniesieniu) dotarłem do EL CABO SAN JUAN DE La GUIA - śliczne miejsce na morzem, chyba najbardziej spokojne, najmniej turystyczne z odwiedzonych przeze mnie  w Parku. Zmierzchało się, więc udałem się na plażę obok i tam koczowałem :)! Uwielbiam spać na plaży, przy morzu (mimo hałasu ;))!

09.09.2008 (wt.)
Parque Nacional Tyrona. El Cabo de San Juan de la Guia

Rano piękna pobudka - po prostu ślicznie :)! Nie śpieszyłem się zbytnio ze zwijaniem namiotu, nawet go suszyłem, no i napatoczył się pan, co mnie raczył zapytać, czy nikt mi nie mówił, że tu nie wolno spać. Zgodnie z prawdą oświadczyłem, że nie ;)! Park ma „super” turystyczne ceny: normalnie kemping kosztuje 3-5.000 COP. Tutaj życzą sobie około 16.000 COP i jest to dokładnie tyle, co za hamak w Bogocie (tutaj nie trzeba za sobą przynieść…). W obliczu powyższego postanowiłem “dzikusować” :)!
W pobliżu owego campingu rosną guayaby i kokosy, czyli żarełko gratis ;)!

Ok. 9-ej odwiedziłem pobliską LA PISCINA - spokojne, malownicze miejsce do kąpieli, z której to skorzystałem :)! Upal dawał się we znaki. Wczorajsza wędrówka przez dżunglę mnie dosyć zmęczyła, a dziś w pełnym słońcu chodzi się jeszcze ciężej…
Około  12-ej dotarłem przed ARRECIFES - zupełnie opustoszale - brak sezonu ma swe dobre strony ;)! Po tradycyjnym “zmyleniu dróg przez miastowego” dotarłem nie spodziewając się tego zupełnie, do CANAVERAL, gdzie planowałem dotrzeć dnia następnego ;)! To jest chyba najbardziej komercyjna cześć Parku, z restauracją, jacuzzi i dwuosobowym łóżkiem na plaży do wynajęcia z widokiem na morze :)!
Jak mi już tak dobrze - choć męcząco - szła wędrówka, postanowiłem iść jak najdalej będzie mi się chciało na północ Parku. Można ponoć dojść do Los Narajos, ale informacja uzyskana u wejścia (drugiego) do Parku okazała się nad wyraz nietrafna: zamiast 1h ponoć trzeba tam iść ze trzy! ;)

Dotarłem do kolejnej prywatnej plaży CASTILLETA i już dalej mi się nie chciało - w Los Naranjos ponoć nic nie ma (sklepu, pola namiotowego, choć niczego mi nie trzeba), a tu plaża równie bombowa :)! Niedaleko od drogi wychodzącej z dżungli, za “murami obronnymi”, czyli skalami stromymi rozbiłem namiot na skrawku plaży - super chill-out! Ze spokojem, w cieniu (mam DOŚĆ słońca) relaksik przy lekturze :)! Z ciekawostek wydłubałem też z pięć kleszczy z siebie - ścieżka, którą szedłem była od dawna nie uczęszczana wnosząc po pajęczynach i ogólnych chaszczach :)!
Pod wieczór przypomniały mi się Chiny, na wyspie PuTuoShan, gdzie z Maurycym też rozbiliśmy namiot, ale było tak duszno i gorąco, że prawie się nie dało spać :)! Tu na szczęście aż tak źle nie było :)!

10.09.2008 (śr.)
Parque Nacional Tyrona. Castilleta (cerca)

Jakoś wybitnie wcześnie mi się wstało - o 5.30 am.
Ok. 7-ej byłem przy wejściu do Parku. Stamtąd udałem się do właściwego ARRECIFE, które tylko pobieżnie widziałem poprzedniego dnia z plaży. Po drodze widziałem swą zoologiczną rewelacje wyjazdu - dwie brązowe małpki - mico titi. Już wcześniej zanotowałem ich obecność w Parku, ale tylko słyszałem odgłosy i szelest gałęzi - strasznie trudno je wypatrzeć wśród drzew - tym razem miałem szczęście - opłacało się wstać tak wcześnie (przypadek) ;)!
Spędziłem całe przedpołudnie na plaży, to czytając trochę, to się kąpiąc, to susząc pranie i wykorzystując ostatnie tabletki do czyszczenia wody :)! W pobliżu domów są prysznice na dworze i nikt się nie czepia, że po kąpieli morskiej się ich używa :)!

Czyściutki ok. 13-ej dotarłem do CANAVERAL, a o 15-ej cieszyłem swe podniebienie w Santa Marta na “mercado” :)!
Tam udało mi się zdzwonić z Nancy Lucia, ale to był mój jedyny neutralno-negatywny przypadek z CS w ciągu wyjazdu - niby w korespondencji miała mnie przenocować, zaś jak się spotkaliśmy, że jednak nie… TO się jednak okazało po wożeniu mnie ze sobą chyba przez trzy godziny… Koniec końców zawiozła mnie do Taganga i za to jej jestem wdzięczny. Wyobrazalem sobie jednak spokojną plażę, a tam nadmorski, zabudowany, zabetonowany kurort… Trudno było znaleźć jakiś rozsądny nocleg (było już późno i ciemno), ale - wiadomo - zawsze się coś znajdzie - i rozbiłem się u sympatycznej Argentynki “artesana” - Monica (5.000 COP, K5 Calle 18) :)!

Colombia. Taganga

11.09.2008 (czw.)
Taganga. Monica (5.000 COP, namiot)

TAGANGA jest małą wioską rybacką, lecz bardzo przyjemną, oddaloną zaledwie 5km od Santa Marta. W dzień można iść na plażę i na przykład „snorkelować”. Jest to też centrum płetwonurków w Kolumbii. Wieczorem można wylec na ulice i raczyć się specjałami. Pierwszy raz mi tu oferowali narkotyki do kupienia i to na głównej ulicy, obok przejeżdżającej policji…
Postanowiłem sobie, że będzie to takie miejsce trochę na odpoczynek. Ze spokojem, standardowo odwiedziłem kafejkę i-netową, poszwendałem się po mieścinie, odwiedziłem kilka agencji turystycznych oferujących kursy nurkowe (150 - 550.000 COP, 1 - 4 dni, wraz z certyfikatem). Tak się w sumie zastanawiałem, czy nie zrobić tego kursu, ale później pomyślałem sobie, że w Polsce „w szuwarach” nic i tak nie widać i inne sporty bardziej mnie ciągną, więc sobie odpuściłem. Nie trzeba w końcu korzystać ze wszystkiego tylko dlatego, że jest dostępne ;)!
Ok. 13:30 udałem się na Playa Grande, 15 min. od miasteczka. Alternatywnie - przyszło mi do głowy - awaryjnie można by tu campować ;)! Ogólnie spokój, brak sezonu.
Zakupiłem sprzęt do snorkelowania (12.000 COP) i pod wodę! J Zaletą jest, że nie trzeba specjalnie daleko płynąc - rafa, rybki, stare papcie i mętna woda są zaraz przy plaży ;). Isla de la Plata w Ekwadorze była jednak 100x lepsza :)! W końcu to były prawie Wyspy Galapagos ;)! Inna rzecz, że tutaj woda jest obezwładniająco przyjemna: cieplutka i milusi :)!
Odwiedzam też plażę Sisiguaca, kolejne 5 min. dalej, ale mnóstwo tu rybaków i zdecydowałem się nie snorkelować…
O 17-ej “odrobiłem” mszę z niedzieli - ciekawy klimat: większość uczestniczek to kobiety w podeszłym wieku, o czarnym kolorze skory - świetnie śpiewają (chyba była to msza żałobna – super pasuje do koloru ich skóry) ;)!
Wieczorkiem korzystam z tego, że u Moniki jest kuchnia (straaasznie zasyfiona) i gotuję sobie typowy ryżyk z rybką z puchy :)! Na deser na miacho - “popchniecie” empanadą z ryby (new!), lodami i soczkami (2.000 COP).
Czasem czuję się tak “nie na miejscu”: ani bogaty gringo ze mnie (a tak większość tubylców myśli), ani latino… Ach, Polaka los… ;)

Kolumbia: San Gil (rafting, “parapente”), Barichara

September 7th, 2008
Colombia. San Gil

http://picasaweb.google.com/aroundsouthamerica/ColombiaSanGil#

http://picasaweb.google.com/aroundsouthamerica/ColombiaBarrichara#

06.09.2008 (sob.)
San Gil. Andres

Sobota - dzień targowy, więc na ulicach wszystkiego pełno: ludzi, rzeczy, owoców, samochodów :)!

Udaję się z wizytą do Parque El Gallineral (4.000 COP) - taki chill-out z drzewem ceiba charakterystycznym. Przechadzka ścieżkami wśród zielska :), przy rzece :)! Miło… Na trochę …

W Kolumbii często się zarzekają jak oni to wcześnie otwierają i chyba nigdy mi się nie zdarzyło, żeby się to okazało prawdą… Podobnie było z raftingiem (canotaje) - trzeba było czekać i czekać… Ostatecznie wybralim się na rzekę, co to ponoć w porywach nawet do III ma (7.000 COP + kompas = 25 => 20.000 COP). Miałem szczęście, bo byłem sam i zamiast łodzi giganta, płynęliśmy “kajaczkiem” na 3 os. (ja i dwóch “przewodników”). Ma to taką zaletę, że więcej “akcji” jest! Na początku rzeka naprawdę miała kilka ciekawych momentów - aż tak ciekawych, że postanowiłem organoleptycznie ją zbadać wyskakując (oczywiście zamierzenie ;)) z “kajaka”! Jak to się mówi “zimny prysznic” ;)!
Jakoś mnie odratowali i później juz była “przechadzka” po rzece, więc bez rewelacji, ale na pierwszy raz w życiu - git :)!

Na 13-ą byłem zaproszony na obiad do domu babci Andresa, więc nie wypadało odmówić - super atmosfera! Przy stole chyba powyżej 10-u osób, sam dom kolonialny - olśniewający, południowy, rodzinny, ciepły. Chyba w ciągu jednego posiłku nie próbowałem tylu nowych potraw! Pysznosci! Wspomnę tylko nieliczne: chicharon, malinki (tak mi się z Polska kojarzą ;)), domowej produkcji “dulce de leche” :)…

Żeby nie było, że mało wrażeń dziś, to na 16-ą udałem się na “parapente”, czyli lot w tandemie spadochronem!
I tu niemiła niespodzianka w agencji “rozrywkowej” - dziś nie, bo kiepski wiatr i – cytuję - „właśnie idę na rafting”…
Coś mi tu nie styka… Wiatr normalny… Idziemy do innej agencji i oczywiście: spoko-luzik - dziś można! J
Szczęśliwym trafem “parapentista” w kilka minut zajeżdża motorkiem pod agencję i po twardych negocjacjach cenowych (60=>50.000 COP) ładuję się na tył motorka - i w drogę :)! Po 45 min. dojeżdżamy na wzgórze, skąd są loty. Samą jazdę motorkiem jak dla mnie można zaliczyć do sportów ekstremalnych ;)!
Moj “przewodnik” przynosi dwa wielkie plecaki ze spadochronami i przygotowuje sprzęt :)! Niedługo później, szorując przy starcie tyłkiem po ziemi przez dobre kilka metrów - LATAM! :))) Widzę swoje nogi (trochę tu zimno, trzeba było pełne buty wziąć), zaś długo, długo nic i kilkanaście metrów poniżej drzewa – widziane z góry, w przeciwieństwie do standardowego widoku - z dołu :)! Najfajniejsze były szybkie zmiany kierunku - taka duża huśtawka :)! Lot trwał ok. 20 min. i naprawdę jest to fajne doświadczenie! ;) Już po ciemku wracamy do San Gil.

Andres mieszka w dość skomplikowanym do odnalezienia miejscu i oczywiście nie o”mieszka”łem po ciemku, wśród “ogródków działkowych” się trochę zgubić ;)!
Na kolacyjkę ryżyk i puszeczka. Na tę noc rozbijam namiot. Powody są trzy: by wysechł po Villa de Leyva, jest przyjemniej niż w pokoju („stfory”) i może się pojawi Argentynka - gościna (żeby miała gdzie spać) :)! Klimat w San Gil bardzo przyjemny - uwielbiam ciepłe noce… Ciekawostką są błyskawice, które widzisz, ale nie słyszysz :)… No i te gwiazdy… J No i fajnie się gada, …, w “naturalezie” ;)!

Colombia. Barrichara

07.09.2008 (niedz.)
San Gil. Andres

Argentynka - Tati - dojechała, ale późno i została w hotelu w San Gil (5km od nas). Zbieramy ją i dość późno, bo około 11-ej udajemy się w czwórkę transportem kombinowanym (motor, bus) do wodospadu Juan Curi. Zulma załatwia “wejściówki” ;)! Wodospad jest powalający: szeroki, wysoki, śliczny, z sadzawką u podnóża. Agencje “rozrywkowe” organizują tu reppeling (czyli po ekwadorsku “canoying”¨), a można samemu dojechać busem na Charala (3.000 COP, 1h). Po szybkiej kąpieli postanowiłem samemu już udać się do Barichary (3.300 COP, 1h).

Miasteczko typu Villa de Leyva, ale bez takiego rozmachu. Na dodatek niedziela, więc spokój nieziemski. W BARICHARA jest kilka malutkich uroczych kościołków i cała wioska jest kolonialna. Dodatkowo posiada punkt widokowy “mirador” z niebrzydką panoramą :)!
Niektórzy utrzymują, że jest “najładniejszą” mieściną w Kolumbii, ale jestem pewien, że to samo się mówi o Villa de Leyva i Santa Fe de Antioquia (choć tej ostatniej jeszcze nie widziałem ;))! Po prawdzie można stosunkowo szybko “zwiedzić” miasteczko - 2-3h, co też uczyniłem :)!

O 17.30 byłem z powrotem w San Gil. Niestety tego dnia się na msze nie załapałem. Po “organizacyjnych” Internetach i bankomatach, znów w deszczu udałem się na dworzec autobusowy (plecak w hotelu Tati).
Bus San Gil - Santa Marta (50.000 COP, cała noc).

http://picasaweb.google.com/aroundsouthamerica/ColombiaSanGil#

http://picasaweb.google.com/aroundsouthamerica/ColombiaBarrichara#

Kolumbia: Villa de Leyva, Tunja

September 5th, 2008
Colombia. Villa de Leyva

http://picasaweb.google.com/aroundsouthamerica/ColombiaVillaDeLeyva#

03.09.2008 (śr.)
Bogota. Adriana

Przed południem korzystałem z dobrodziejstw Internetu: facebook doczekał się swojego „zmartwychwstania” ;)! Czekałem też na obiadek i na lepsza pogodę, bo zaczęło padać (czyli z suszenia rzeczy nici) :(…
Ok. 13-ej opuściłem przytulne schronienie i po dwóch godzinach siedziałem w autobusie relacji Bogota - Villa de Leyva (cena nie do negocjacji 18.000 COP, 3.5-4h).

VILLA DE LEYVA przywitała mnie ciemnicą (19.00) oraz deszczem, jak się później okazało wcale tutaj rzadkim - takie mam szczęście ;)!
Deszcz = idealny moment na kupno butów (jak “prezentowych”) - wybór mały, ale trafiły się całkiem udane “skórzaki” (50.000 COP).
Wieczorem miasteczka wyglądają zupełnie inaczej niż w ciągu dnia - najciekawsze są podswitlenia!
Miasteczko jest w prawdzie turystyczne, ale w przyjemny sposób: jest czysto, bezpiecznie (policja na każdym kroku), wszystko czego potrzeba jest (jedzonko, owocki - pyszne “granadille” :)), ale przede wszystkim jest tu naprawdę ślicznie - kolonialnie ;)!
Ta część wyprawy nie będzie okraszona fotkami z Nikona (zabrałem tylko mały aparat, ale za to z możliwością kręcenia filmików), więc galeria na picasa raczej straci na jakości…
Nieco kropiło, więc udałem się na “spacer” w poszukiwaniu “kampingu”, ale po jakiejś godzinie zaczęło padać coraz mocniej i akurat doszedłem do pierwszej atrakcji El Fosil, gdzie przytulne zadaszenie posłużyło mi za pole namiotowe ;)! Nawet nieco ziejący alkoholem stróż chyba po pół godzinie się wykulał z domku, ale spoko, spoko ;)!

04.09.2008 (czw.)
Villa de Leyva. El Fosil

Bardzo milo przywitała mnie żona stróża “tinto”, czyli słodką kawą, bez śmietanki :)!

7-8.30 spacer do Convento de Santo Ecce Homo (2.000 COP) z 1620 r. - “nieaktywny” klasztor Dominikanów (zakon założony w 1216 r.) :)! Okolica spokojna, bezpieczna, asfalt, no i znów przez “ogródki działkowe” :)! Klasztor posiada klimatyczny cmentarz. Ciekawostką w kościele jest, że chrzcielnica stoi po przeciwnej stronie, niż ołtarz. Dziedziniec standardowo jest urzekający, z fontanną po środku. Jest także muzeum, reflektorium i wszędzie pałętają się skamienieliny :)!

Ok. 11-ej dobijam na Parque Arqueologico Muisca “Infiernito” (”Piekiełko” - dla odmiany od klasztoru ;)) (3.200 / 2.000 COP - stud.).
Specjalnie nie powala, ale zależy co kto lubi: jest tu kolekcja stojących głazów (nie “Glazów” ;)!) o kształtach wybitnie fallicznych, by nie powiedzieć, że są tu same kamienne fallusy wysokości ok. 2-3m ;)! Oprócz tego mierny grobowiec i ponoć “obserwatorium” astrologiczne, czyli dwa rzędy metrowych kamlotów w odległości ok. 4m od siebie o długości ok. 15m.

Ok. 12:15 z powrotem ładuje w El Fosil (już otwarte) (3.000 COP). Jak sama nazwa wskazuje napotkamy tam skamienieliny (rejon bardzo “żyzny” w nie), a w szczególności w jedną - rybę-dinozaura o pokaźnych wymiarach.
Miłą rzeczą jest, że po drodze można napotkać drzewa guayabowe ;)! Mniam! :)))

Ok. 13.15 jestem w Granja Avestrus (angielska nazwa to “Ostrich Farm” wedle przewodnika i cały czas byłem przekonany, że ostrygi tam hodują ;)!) (6.500 COP, przewodniczka wliczona). Bardzo miła wizyta na ok. 45 min.: najpierw film 10 min. ogólno poglądowy. Nie jest prawdą, że struś chowa głowę w piasek ;). Wykorzystuje się mięso strusiowe, pierze, skórę, jajka - ekwiwalent 20-u jaj kurzych ;), struś jest z Afryki i potrafi biec 60km/h ;)!), zaś “oprowadzka” po farmie. Można nakarmić strusia, dotkać, oglądać okazy w różnych stadiach rozwoju, na koniec marketingowa wizyta w sklepiku i drobny upominek - zakładka z piórem strusia :)!

Typowo “miastowy zmylił drogę” i po drałowaniu w przeciwną stronę niż Villa de Leyva, na skutek deszczu busikiem powrót do wioski (1.000 COP).
Jako, że już “szarzało”, a dzień był nad wyraz intensywny, skutkiem czego zmęczenie stało się dotkliwie odczuwalne, udałem się na poszukiwania “noclegu”. Nieprzyjemnie było - deszcz, ciemno i na dodatek, jak już rozbiłem namiot „w krzojach” za wiochą, jakiś kejter ze spóźnionym refleksem się obudził i przez 1/2h szczekał - mi się już nie chciało przenosić ;)…

Colombia. Tunja

05.09.2008 (pt.)
Villa de Leyva. “Krzoje”

Jako, że wcześnie się położyłem spać, no i miejsce “przyczajone” udałem się na pierwszy autobus do Tunja o 5:45 (5.000 COP, 1h).

W TUNJA byłem o 7-ej. Standardowo dopiero się wszystko do życia budzi. Obszedłem miasto, kilka kościołów nawet było otwartych.
W klasztorze San Augustin super niespodzianka: strażnik zaproponował folder i z rozmowy wyniknęło, że chce nieco opowiedzieć o klasztorze, więc dlaczego nie?! J Super ciekawie, profesjonalnie przedstawił historię klasztoru - oby nasi “bramkarze” dysponowali taką wiedzą ;)!
Ponoć najładniejszym klasztorem jest Santa Clara la Real (2.000 / 1.500 COP - stud.). Mam wrażenie, że gdy turysta zawita do Tunja, to jest to prawdziwe wydarzenie dla ludzi z kościołów, zabytków, informacji turystycznych itp. ;)… W cenie biletu jest też wliczone muzeum, po którym oprowadza… Policjant… W Kolumbii bardzo często spotyka się w muzeach, zabytkach itp. policje (turystyczną, ale zawsze) ;)!
O 10.30 miał być autobus do San Gil (15.000 COP, 4.5-5h), ale przybył chyba z godzinnym opóźnieniem…
Mają w Kolumbii coś w rodzaju “dulce de leche” - zwie się arequipe! Na szczęście dla rozmiarów mego brzucha jest dość trudno dostępne i nie takie dobre, jak w Argentynie ;)!

Ok. 16-ej jestem w SAN GIL - stolicy sportów ekstremalnych Kolumbii! J Miasteczko naprawdę robi miłe wrażenie, ale nieco mu do ekwadorskiego Baños brakuje ;)!
Przywitał mnie jakiś festiwal na Plaza / Parque Principal.
Pani w informacji turystycznej chyba miała wielką frajdę, że zawitał turysta, bo zostałem obsłużony pierwszorzędnie :)!
San Gil szczyci się uroczą katedrą, wcale nie super starą, ale bardzo przyjemną.
Ogólne wrażenie jest takie, że jest tanio, ciepło i miło :)!
Pożytecznie spędzam czas odwiedzając agencje “rozrywkowe” (sporty ekstremalne).
Znalazłem boską panaderię ;) - podgrzewają smakołyki i w ogóle mniam :)!
O 20:45 spotykam się z Andres i z plecarem, motorkiem popylamy najpierw do przeuroczego domu jego babci, nieco za miastem, a zaś do jego lokum, które wygląda (będę nudny) jak “ogródek działkowy”, tyle, że “nasze” nie mają tyle stworów (ok - dwa urocze pieski w Polszy też się spotka ;)! ;). Mam swój pokój, ale nieco “nieszczelny” i ciągle cos łazi, fruwa i czuje się jak z zoo ;)! Andres mieszka z przemiłą Zulmą :)!

http://picasaweb.google.com/aroundsouthamerica/ColombiaVillaDeLeyva