Archive for the ‘30 Argentyna: Buenos Aires, Patagonia, Ushuaia…’ Category

Argentyna: Buenos Aires, Bahia Blanca, Patagonia, Trelew, Comodoro Rivadavia, Rio Gallegos, Ushuaia

Monday, March 17th, 2008
Argentina. Buenos Aires

28.02.2008 (czw.)
Buenos Aires. Bus.

Udajemy się do Lary. Szybko spada z domu i tyle ją widzieliśmy, ale mama jest bardzo sympatyczna i pomocna.

Buenos wita nas burzą od dawna nie spotkaną! Ponoć w zeszłym roku po raz pierwszy do 80 lat padał śnieg tu - dziwy natury ;)!

Lunch jada się tak: sałata z cebulka, oliwa; zaś międzynarodowy makaron ze szpinakiem i posypany serem, do tego nieco grochu i gotowanej marchewki - mniam! ;) Winko zaś - wiadomix! :)

Buenos oprócz pogody bardzo mile nas zaskakuje: czujemy się bezpiecznie, brak żebraków i wymuszaczo-naciągaczy. Ludkowie ucinają sobie pogawędki spokojnie.

http://picasaweb.google.com/aroundsouthamerica/ArgentinaBuenosAires

29.02.2008 (pt.)
Buenos Aires. Lara / Estela.

Casa Rosada - na Plaza de Mayo. Muzeum - powiedziałbym - polityczne. Z ciekawostek: nie wszyscy są fanami Evity, a poznać to można po uszkodzonym obrazie - oczęta podrapane, szyja, jakby ktoś chciał podciąć ;)…

Podążamy na La Boca - dzielnicę włoskich imigrantów, którzy resztkami farby ze statków malowali swe domy, co dało efekt bajecznie kolorowy (Caminito). Teraz to chyba najbardziej turystyczne miejsce (ble!) w BA, jakie odwiedziliśmy i mieszkają tu emigranci z Peru i Boliwii.

W wielkim pośpiechu, rzutem na taśmę udaje nam się zdążyć na trening capoeira z Damianem. Tym razem ćwiczymy obydwoje w tym, co akurat mamy na sobie ;)!

Ludzie są w Buenos bardzo przyjacielscy i sympatyczni: idąc z birimbauem ulicą, starsza pani zapytała o nazwę instrumentu, ziomki przyjacielsko pytają, gdzie są treningi capo, innym razem rozpracowując mapę podeszła do nas kobieta i po angielsku zapytała, czy może pomoc, innym razem pół autobusu pomagało nam znaleźć cel naszej podróży, którego sami nie byliśmy pewni ;)!

Pyszną milanesę (taki schnitzel) wciągamy na kolacje, a zaś na domówkę z Damianem. Po drodze jedno pranko “po mordach” widzimy, co nas zaskakuje, bo mamy wrażenie, że Argentyna jest wiele bardziej bezpieczna od Brazylii.

01.03.2008 (sob.)
Buenos Aires. Lara / Estela.

Przenosimy się do Jorge.

Muzeum Sztuk Pięknych - ciekawe żywe kolory malarstwa argentyńskiego.

Fajną rzeczą w Buenos jest, że można sobie zakupić w supermercado np. jakaś mięsną potrawkę i na miejscu ją podgrzać w mikrofali. Na dodatek dają jeszcze darmowe sztućce! ;) Ogólnie ceny podobnie jak w Polsce. Rewelacją jest dulce de leche (coś jak nasze mleczko w tubce) za 450 g dajesz 2 peso (1 peso arg. = 0.8 PLN)! Mięso jest tańsze niż u nas, wino i lody też!

Musimy przyciąć komara, bo trochę zarwaliśmy poprzednią noc i ta się nieźle zapowiada.

W końcu o 2-ej dostajemy info, gdzie się spotykamy z Damianem i jego znajomymi: Pop City, San Martin 600 (15 pesos i drink w cenie: Cuba libre, Gracie Batizo). Mnóstwo ludzi, muza hiciarska, ale w rockowych klimatach, żadne dicho, ale ziomki raczej stoją niemrawo podrygując, a o tańcach w parach nie wspomnę… Trochę rozczarowanie ogarnia, jak na latino gorąca krew i mieszkańców miasta tanga… My tam bawimy się po swojemu, z wykrętasami i jest git! Tylko późno… Imprezy zaczynają się po północy często domówką (biforka), zaś ok. 2-ej do rana do knajpy - taki styl.

02.03.2008 (niedz.)
Buenos Aires. Jorge.

Dziś pobudka późno, bo szliśmy spać ok. 6 rano po argentyńskiej party! ;)
Poprzedniego dnia zamknęli nam Recoletę (cmentarz), więc dziś poprawka! Cmentarz można porównać do takich jak: cmentarz na Rossie w Wilnie (ten nie jest tak zielony), Cmentarz Łyczakowski w Lwowie (ten nie jest tak duży), cmentarz Per Lachaise w Paryżu - więcej fajnych nie pamiętam ;)…
Recoleta jest stosunkowo kompaktowa i podobnie jak ulice w Buenos posiada prostopadle uliczki. Nie jestem pewien jak to nazwać: sarkofagi / mauzolea są wysokości małych, czasem dwupiętrowych domów, ozdobione figurami aniołów, świętych - robi niesamowite wrażenie. Udaje nam się też znaleźć grób Evity.
Obok cmentarza są targowiska artystów.
Jedziemy na 17.00 na z dawna wyczekiwany kurs tanga argentyńskiego (jednak jest na 18-ą! ;)). W centrum kulturalnym tańczą sobie raczej starsi państwo, ale za to z jaką klasą! :) Bardzo sympatycznie, tylko małe problemy z interpretacją, co do nas mówią ;)!
W pobliżu na San Telmo w niedziele są targi antyków, a jak zawsze przy takiej okazji dużo dzieje się na ulicach: zespoły muzyczne, lalkarz, artyści różnej maści, nawet Charlie Chaplin się trafił i uliczna parada bębnową (na którą się w Brzylii nie załapaliśmy)! :)
Nie udaje nam się znaleźć w pobliżu iglesii i znów autobusem (0,90-1 peso) na Recolete do Nuestra Senora de Pilar - śliczny kościół sam w sobie. Msza młodzieżowa wbrew obiegowej opinii całkiem oblegana. Po drodze spotykamy dwie Argentynki, które poznaliśmy w Brazylii, Stela Mariz. Cóż za zbieg okoliczności! W 13-o milionowym mieście! ;)

03.03.2008 (pon.)
Buenos Aires. Jorge.

Dziś mamy dzień organizacyjny: włączanie roamingu w komórce argentyńskiej (numer +54 9 11 6569 1210), kupno gazu do kuchenki (0.35l za 49 pesos), ksera, gotowanie, pranie, wypłata pieniążków z bankomatu no i sieć - proza życia :)!
O 19.40 jedziemy pociągiem do Bahia Blanca (35 pesos / os.).

Starter komórki Personal kosztuje 20 pesos. Doładowania po 12 i 20 pesos.

04.03.2008 (wt.)
Bahia Blanca. Pociąg.

Dojechaliśmy szczęśliwie ok. 9.00 do Bahia Blanca (z Buenos to prawie 700 km).

Pociąg z serii “wrakowatych” środków transportowych (podobnie jak statek po Jangcy w Chinach ;)), niezidentyfikowany system oświetlenia - raz gaśnie, raz się zapala, wiekowy sprzęt, ale z pozytywów: bardzo duże, wygodne fotele, a co ciekawsze można ja obracać o 180 stopni w zależności od kierunku jazdy!
Niezapomnianym przeżyciem jest tez wizyta w toalecie, całej wyłożonej stalą nierdzewną, lecz kompletnie bez światła! :) Żarty na temat używania czołówki w kibelku, okazały się całkiem trafne i do wykorzystania w rzeczywistości ;)!

Spotykamy na dworcu autobusowym parkę Szwajcarów, która robi podobna trasę jak my.

Wyjeżdżamy nieco za miasto (w kierunku skrzyżowania dróg 3 i 22), by łapać stopa (bus 5.70 pesos/os.).

W Argentynie są punkty kontrolne na drogach, ale nie doszedłem do tego, co dokładnie tam sprawdzają ;) (jedzenie?).

Zaraz po opuszczeniu autobusu pytamy kierowcę TIRa, który zaparkował niedaleko o drogę i oferuje nam podwózkę 2km do skrzyżowania. Po chwili się okazuje, że jedzie do Puerto Madryn i możemy się zabrać. Tego właśnie nam było trzeba, ale niespodziewanie łatwo i szybko nam poszło!
Daniel jest super: uczy się języka polskiego, a my pękamy ze śmiechu z jego wymowy ;)!
Pijemy pyszna yerba mate (”ziołową trawę”) jadąc ciężarówą.
Podróż zajmuje nam cały dzień, praktycznie z 2-oma małymi przerywnikami. Wciąż tylko stepy / pustynia po obu stronach drogi.
Daniel jedzie do fabryki aluminium. Jest tak kochany, że podwozi nas tak daleko, jak tylko może dojechać ciężarówką do miasta. Miasto ze wzgórz, nocą, wygląda cudownie!
Mamy za sobą kolejne 700km i jest ok. 23-ej.
Długo nie szukamy miejsca na namiot ;) (inżynierowie z Petrobudowy) ;)!

05.03.2008 (śr.)
Puerto Madryn.

Lockersy 5 pesos za 1 dzień. Zostawiamy bagaż na 4 dni.
Zwiedzamy Muzeum Oceanograficzne - fajne stwory. Wtedy nawet nie marzyliśmy o tym, co się stanie, ale nie uprzedzajmy faktów ;)!

Jedziemy do Puerto Piramides (12 pesos/os.). Wstęp do parku (uwaga! ) 40 pesos i złodziejska praktyka, że Argentyńczycy płacą połowę…

Robimy spacer po mieście i wygląda naprawdę jak miasteczko Cicily z “Przystanku Alaska”: zupełny spokój, trzy ulice, praktycznie kilka firm turystycznych, bary , kilka sklepów z pamiątkami, mało ludzi i super miła i wyluzowana atmosfera. Nieco drożnej, ale kompensuje to cudowna sceneria nadmorska wraz z klifami.

Udajemy się na nocny “treking” do Punta Piramides oddalonego 5km od miasteczka.

Przed granicą parku rozstawiamy swój namiot, ale czujny strażnik zdaje egzamin i nas namierza ;). Myślę, że taka sytuacja w Polsce wiązała by się z większa ilością nerwów, a tu po upewnieniu się, że nie palimy ognia, możemy zostać do rana i jeszcze wskazuje nam, gdzie są kibelki ;)!

http://picasaweb.google.com/aroundsouthamerica/ArgentinaPeninsulaValdez#

06.03.2008 (czw.)
Punta Piramides.

Udaliśmy się tu, by obejrzeć kolonie lwów morskich (lobos/leones marinos) i naprawdę są! Całe mnóstwo! Zaledwie kilkadziesiąt metrów pod nami, pod klifem!
Jemy sobie śniadanko w ich towarzystwie (całą noc je słyszeliśmy ;)), brak ludzisk i piękne widoki!

Butujemy z powrotem do drogi asfaltowej. Po drodze widzimy guanaco! A tu nagle się zatrzymuje auto i oferuje podwózkę! Nawet jeszcze nie machaliśmy!
Jedziemy! W informacji turystycznej pytaliśmy o wycieczki. Odległości to ok. 75km w jedna stronę, koszt 150-220 pesos… Poza naszymi możliwościami finansowymi.
W ten właśnie sposób z super sympatycznymi ojcem i synem na wakacjach zwiedzamy Półwysep Valdez (Peninsula Valdez).
Najpierw jedziemy oglądać słonie morskie (elefantes marinos) oraz pingwiny (pinguinos). Są ich całe setki. Na wycieczce krajoznawczej obczajamy padło pingwina i znajdujemy sierść słonia morskiego, która ma włochy z dwóch stron (!).
Następnie dajemy do pingwiniarni, gdzie jeden przedstawiciel jest wręcz oddalony od nas na wyciągniecie ręki!
Po drodze widzimy jeszcze nandu (rodzaj strusia), pancerniki, mnóstwo owiec i króliki/pieski patagońskie (mara), a to wszystko w naturalnych warunkach! :)

Wracamy do Puerto Piramides.
O 22-ej jest w Centrum Kultury film za darmochę! A akurat rozmawialiśmy, że fajnie by było coś wciągnąć! Amelia! A na dodatek zupełnie gratis drineczek na dobry wieczór! Bomba! :)

Argentina. Peninsula Valdez

07.03.2008 (pt.)
Puerto Piramides.

Jest tu tak przyjemnie i zasadniczo zobaczyliśmy więcej, niż oczekiwaliśmy. Postanawiamy zrobić sobie wakacje w tej jakże pracowitej podróży! :)
Plaża, morze, kompanie, ćwiczonka, książeczki - chill out! Cała plaża jest pokryta mnóstwem małych i dużych muszelek, co świadczy o bogactwie naturalnym tego regionu. Kiedyś cały półwysep był pod wodą.

O 19.00 (autobus jest jeszcze o 11.00) jedziemy do Puerto Madryn (12 pesos/os.).
O 21.00 bus do Trelew (7.50 pesos/os.)
O 23.00 lądujemy u Juliana!

08.03.2008 (sob.)
Trelew. Julian.

Przepraszamy, że tak długo nie dawaliśmy znaku życia. W momencie, gdy mieliśmy nadrabiać zaległości na sieci w Buenos, wysiadł net :(…

Wszystkim kobietom życzymy wszystkiego najlepszego z okazji dzisiejszego Dnia Kobiet!:)

Jesteśmy w Trelew i mamy komputer do dyspozycji!

09.03.2008 (niedz.)
Comodoro Rivadavia

Mieszkanko Juliana w Trelew opuściliśmy o 8:00 i podreptaliśmy na trasę wylotową w poszukiwaniu kogoś chętnego do podwiezienia nas do Comodoro Rivadavia. Mieliśmy szczęście, gdyż pierwszy zapytany przez nas kierowca TIRa (camionero) tam właśnie jechał.
W Comodoro wylądowaliśmy o 15-ej, a o 17-ej byliśmy w domu Omara. Jego rodzina przywitała nas bardzo serdecznie (szczególnie brat - Leonardo oraz matka Edith). Pokazano nam miasto i opowiedziano o skamieniałościach, jakie można znaleźć tutaj na każdym kroku, a w kościele przedstawieni zostaliśmy biskupowi :)!
Wieczorkiem czekała na nas pyszniutka kolacyjka. Jagnie z rusztu z sosem, który podbił nasze serca! A robi się go łatwo i przyjemnie, a mianowicie tak: mieszamy czosnek suszony i świeży, oregano, pietruszkę, oliwę, ocet i sok z cytryny.. i gotowe. Polana takim sosikiem owieczka z rusztu smakuje znakomicie.
Przy kolacji mieliśmy okazje wypić winko wprost z gauchoskiego bukłaka, obejrzeć skamieniałość będącą zębem dinozaura, jak i pięćsetletni garnuszek i 1.000-letni pojemnik na prochy (przynajmniej takich informacji nam udzielono)…

10.03.2008 (pon.)
Rio Gallegos

O 11-ej wyspani i najedzeni ruszyliśmy łapać stopa do Rio Gallegos. Znowu szczęście nam dopisało i jedną ciężarówką dotarliśmy do miejsca przeznaczenia. Była już niestety godzina 24-a, dlatego jedyne co nam pozostało to rozbić gdzieś namiot. Niedaleko parkingu ciężarówek znaleźliśmy kawałek pola i tam postawiliśmy nasz “domek”. BYŁO ZIMNO. Myślę, że temperatura nie przekraczała 2-óch stopni Celsjusza. Dla wtajemniczonych noc tą można określić jako powtórkę z Chatki Elektryków :)!

11.03.2008 (wt.)
Rio Gallegos

Zwinęliśmy się wcześnie rano. Na stacji benzynowej zjedliśmy śniadanie i oporządziliśmy się, po czym ruszyliśmy obejrzeć miasto. Pogoda nam nie dopisywała :(.
Pani z informacji turystycznej bardzo kocha swoją pracę, opowiedziała nam wszystko o wszystkim ze szczegółami nawet, gdy nie pytaliśmy. Autobus do Ushuaia miał kosztować 125 pesos.
Obejrzeliśmy Muzeum Pionierów i szwendaliśmy się po mieście. Postanowiliśmy poszukać tutaj jakiegoś miejsca, w którym moglibyśmy popracować w ramach wolontariatu i otrzymać za to cieple łóżko na Wielkanoc. Uderzyliśmy do Colegio Selesiano, tam odesłali nas do obispado. Tutaj po raz kolejny szczęście nam dopisało. Pojawiliśmy się we właściwym miejscu, o właściwym czasie. Przy wejściu spotkaliśmy Lucio - miłego 20-letniego chłopaka, zajmującego się przygotowaniem Via Crucis we wcześniej wspomnianym kolegium. Udało się załatwić, że w zamian za pomoc w przygotowaniach Misterium Męki Pańskiej i wzięcie udziału w przedstawieniu, dostaliśmy pokój w obispado na 7 nocy! Alleluja!
Z lekkim sercem ruszyliśmy łapać stopa w kierunku Ushuaia. Było już koło 18-ej, dlatego marzylismy jedynie o wydostaniu się gdzies za miasto w miejsce przyjane naszemu namiotowi :)!
Szczęście, szczęście, szczęście! Kierowca zawiózł nas wprost do Rio Grande.
Dokładnie o 23:20, 11 marca 2008 roku przekroczyliśmy cieśninę Magellana i znaleźliśmy się na Tierra del Fuego (Ziemi Ognistej)!

12.03.2008 (śr.)
Ushuaia. Daniel

Ok. 3.30 nad ranem znaleźliśmy się przy zamkniętej stacji benzynowej w Rio Grande. Tuż obok rozbiliśmy nasz namiot. Wiało jak nie powiem co! Nauczeni doświadczeniem założyliśmy na siebie wszystkie ubrania, jakie mieliśmy i wkuliliśmy się w śpiwory. Tym razem było dobrze :)!
Rano wyruszyliśmy w kierunku Ushuaia. Pierwszy stop zawiózł nas do Tolhuin, a stamtąd następny do naszego Ushuaia! Miasta najbardziej na świecie wysuniętego na południe! Fin del Mundo! Widoki obserwowane po drodze po prostu zapierały dech w piersiach. Ogromne jezioro Fagnano otoczone pięknymi górami, strumienie wijące się pośród dolin. Jechaliśmy delektując się widokami!
O 16-ej wylądowaliśmy w Ushuaia. Przywitała nas deszczowa pogoda. O 18-ej byliśmy już w przytulnym domku Daniela. I znowu ciepło :)!
Tego dnia zrobiliśmy już tylko zakupy :). Trzeba powiedzieć, że Ushuaia jest typowo turystycznym miastem, a co za tym idzie - drogim.

Argentina. Ushuaia. Tierra del Fuego

13.03.2008 (czw.)
Ushuaia. Daniel

Dzisiaj poszliśmy na rekonesans miasta. Informacje turystyczne i dyrekcja Narodowego Parku Tierra del Fuego. Tam zasięgnęliśmy informacji o trekach, jakie można zrobić w okolicy. Konieczne było również wypełnienie formularzy o dacie wejścia i czasie pozostania w parku narodowym.
Ushuaia - jak już wspomniałam - to bardzo turystyczne miejsce. Na każdym rogu sklepy z pamiątkami, gadżetami z napisem Fin del Mundo (koniec świata). Mnóstwo turystów i biur podróży oferujących wycieczki o cenach bardzo wygórowanych.
Informuje również, że wstęp do parku narodowego dla zagranicznych turystów kosztuje 30 pesos (dla Argentyńczyków 4!), a jedynym publicznym środkiem transportu jakim można dostać się do parku jest autobus w cenie 35 peso (w dwie strony), lub taksówką w cenie od 100 peso (a to tylko 12 km!).

http://picasaweb.google.com/aroundsouthamerica/ArgentinaUshuaiaTierraDelFuego

14.03.2008 (pt.)
Ushuaia. Daniel

Dzisiaj wybraliśmy się na szlak Paso de la Oveja (czyli szlak owcy, bądź “pasek oblecha” ;)). Autobusem B dostaliśmy się za miasto (w pobliżu drogi na Turbere), skąd do szlaku było kolejne 4 km. Złapaliśmy stopa :)!
Pięknie, cicho i spokojnie. Szlak ma długość 20 km. Na początku ciągnie się lasami, które tworzą najczęściej występujące tutaj drzewa o nazwie lenga. W lesie widzieliśmy stado ok. 10 koni (nadal będę się upierała, że dzikich). Dalej dobija się do jeziora lodowcowego (ok. 4h), o niesamowitym błękitno-zielonym kolorze. Stamtąd szlak prowadzi pod góre do przełęczy. Tutaj zaczynają się już kamloty ;). Z góry wszystko wygląda pięknie, spokojnie, nieruszone ręką ludzką. Na przełęczy spotkaliśmy samotnego konia, który w przeciwieństwie do tych spotkanych w lesie nie bał się ludzi (sesja zdjęciowa).
Nazwa Tierra del Fuego wydaje nam się bardzo odpowiednia, jeśli wziąć po uwagę skały w kolorze rdzy i brązu, z których zbudowane są tutejsze góry.
Wędrówka zajęła nam 8 godzin, tak że ok. 20-ej byliśmy w domu - słodko zmęczeni. Okazało się, że Daniel dnia następnego jedzie do Parku Narodowego Tierra del Fuego i nas zabierze! Czyli 70 pesos w kieszeni ;)!

15.03.2008 (sob.)
Park Narodowy Tierra del Fuego

Z rana opuściliśmy domek. Planowaliśmy spędzić w parku narodowym 2 dni. Wjechaliśmy do parku jako Argentyńczycy (!;)). Część bagaży zostawiliśmy w administracji tutejszego campingu i ruszyliśmy na Szczyt Guanaco. Po drodze mnóstwo królików, skaczących na swoich mięciutkich łapkach i świecących swoimi białymi ogonkami! Przeurocze. Ale złapać się nie dawały ;)!
Daniel mówił nam wcześniej, że ze szczytu Guanaco roztacza się według niego najpiękniejszy widok. Nie kłamał. Z każdej ze stron oglądać można góry, jeziora, rozlewiska. Z dala widać ośnieżone szczyty chilijskiej części Tierra Del Fuego. Jakieś wielkie ptaszyska szybują nam nad głowami (jak dla mnie to giganty!), a spotkany przez nas zorro plateado (srebrny lis) dawał się oglądać i fotografować z odległości jednego metra (z pewnością licząc na jedzenie).
Zeszliśmy ok. 19-ej. Wypożyczyliśmy dodatkowy śpiwór za 6 pesos bojąc się zimna. Na darmowym campingu znaleźliśmy idealne miejsce na nasz namiot. Podgrzanie ryżyku tez było gratis ;)! Nad spokojnym strumieniem, na mięciutkiej trawce, z miejscem na ognisko, pusto. Czego chcieć więcej?

16.03.2008 (niedz.)
Ushuaia. Tierra del Fuego

Rano zebraliśmy się wcześnie i zrobiliśmy kilka krótkich treków wokół miejsca, w którym rozbiliśmy namiot. W miejscu, gdzie kończy się międzynarodowa trasa nr 3, a roztacza się jezioro otoczone górami, przywitaliśmy wschód słońca. Przy okazji napiliśmy się ciepłej, darmowej herbaty i zjedliśmy co nieco. Tego bowiem dnia, z tego właśnie miejsca ruszał międzynarodowy maraton. Brał w nim zresztą udział nasz kolega z pokoju u Daniela, Amerykanin - Francisco.
Napawając się widokami zwinęliśmy namiot i ruszyliśmy przyjeziornym szlakiem (ok. 8 km) w stronę Ushuaia. Do miasteczka po raz kolejny stopem :)

17.03.2008 (pon.)
W podroży. Tierra del Fuego

Rano stanęliśmy na trasie wylotowej z Ushuaia, aby tego samego dnia - jak wcześniej zaplanowaliśmy - pojawić się w obispado w Rio Gallegos. Szczęście jednak nam nie dopisywało, a dodatkowo utworzyło się coś, co można nazwać korkiem autostopowiczów. Dopiero po 2-óch godzinach, kiedy chwyciliśmy plecaki i pomaszerowaliśmy wzdłuż szosy, zatrzymał się pierwszy samochód. Posuwaliśmy się po kilkadziesiąt kilometrów, bardzo powoli. Na granicy argentyńsko-chilijskiej utknęliśmy… Już przyzwyczajaliśmy się do myśli, że tę noc spędzimy w tamtejszej poczekalni. Nawet nie było tak źle: piecyk, ciepła woda i kuchenka gazowa, na której nie omieszkaliśmy przygotować sobie cieplutkiego posiłku! Była już godzina 19:30, gdy udało nam się złapać samochód, który zgodził się nas zabrać do Rio Gallegos! Co za ulga! Cieśnina Magellana okazała się jednak tym razem niemożliwą do przekroczenia. Na promie, który tutaj kursuje ¨rozpadła¨ się ciężarówka i trwała akcja jej usuwania. Po północy nasi kierowcy zdecydowali, że jadą do pobliskiego hotelu spędzić tam noc. A my z nimi. Rozbiliśmy namiot tuż obok hotelu (co by nam nie wiało!) i nikt nawet uwagi nam nie zwrócił! A rano fruuuuuuu, jak wiatr do Rio Gallegos!