Kolumbia: Bogota

September 3rd, 2008
Od Colombia. Bogota

30.08.2008 (sob.)
Noc w autobusie Armenia - Bogota.

6:00 BOGOTA. Nie zaskakuje, tak jak śliczne Quito…
Zaraz obok jednej z głównych ulic, w sobotę o wczesnej porze stoją prostytutki, ogólnie brudno, choć z pewnością są ładne wyjątki!
Zaskakująco szybko, bo o 7-ej byłem u Adriany i zaraz wyparowałem na miasto, chcąc dać jej możliwość odpoczynku w sobotni ranek.
Zwiedziłem Kościół Św. Franciszka i chyba po raz pierwszy w życiu widziałem mnichów w tonsurami (wygolone czubki głów)!
Katedra nowoczesna, ale jakoś dziwnie przyjemna: czysta i schludna.W informacji turystycznej dowiedziałem się, że w ten weekend trwa festiwal Colmbia en parque i udałem się do Parque El Lago - super klimat! Trawka, leżenie, żarełko, muzyka, tance (Ewa - spodobało by się Tobie, znów żałowałem, że nie mogłem nagrać :)).Fajny band to: Dueto Primavera (folk)!
Ok. 16-ej udałem się do domu, bo mielim umówione wyjście (moje pierwsze od nie pamiętam kiedy) :)!
Poszliśmy na La Candelaria, Plazoleta del Chorro de Quevedo - ludzie na ulicy, spontaniczne teatry / opowieści na schodach kościółka, dużo barów małych (”barków” ;)), zaś na muzykę na żywo gitarową!
Fajny hostal jest koło Plazoleta del Chorro de Quevedo: Fatima - właścicielkę spotkałem w jeepie w Valle de Cocora! Świat jest mały!

31.08.2008 (niedz.)
Bogota. Adriana

Na 7-a znów w San Francisco, tym razem na mszy (msze w katedrze 9:00 i 12:00).
Btw: Capilla de Sagrario - w niedzielę msza o 17-ej, otwarta kaplica do zwiedzania 15-17.
Stamtąd zahaczając o targ (torby 2x 5.500 COP) na wzgórze Montserrate. Przewodnik przestrzega, żeby tylko w niedzielę się tam wybierać ze względów bezpieczeństwa…
Wejście było straszne: poczułem się jak w Chinach w parku narodowym - człowiek na człowieku! Dodatkowo sprzedaawcy, pamiątki, dewocjonalia, badziewie ogólne…
Na górze kościół, sam w sobie nic specjalnego, lecz z cudów upadłego Chrystusa słynie, ale widok na Bogotę ciekawy. Oczywiście na górze bez tony straganów obyć się nie może…Drogę powrotna wybrałem przez park narodowy - prawie nikt tam nie chodzi. Droga wiedzie przez las i jest spokojnie, zielono, choć pewnie wiele bardziej niebezpiecznie…Udało mi się szczęśliwie zejść na Cra. Septima, gdzie z niedziele robią “ciclovia” (droga rowerowa, nie wpuszczają aut) i ogólna fiesta ma miejsce - mnóstwo scen, ludzi na ulicach, sprzedawców!
Po drodze odwiedzam Museo Nacional (w ostatnią niedzielę miesiąca darmo = pełno ludzi). Ciekawe, 3p., kompleksowe…Następnie zwiedzam pchle targi - też ciekawe, ale najlepsze lody-giganty za 1.000 COP (1,25 PLN) ;)!Zaś na dalszą część festiwalu, tym razem do Media Torta - super bandy! Gdy “one love” Marleya zagrali w nadmorskim, karaibskim klimacie - wymiękłem… Ach! Reggae!
Ludzie naprawdę się dobrze bawią: bez alkoholu, młodzi i starzy, radośnie i wesoło, a do tego za jasnego (koniec o 18-ej, więc bezpiecznie do domu można wrócić :))!
Bandy super: Creole, Herencia Viva!

www.culturarecreacionydeporte.gov.co
www.catedraldebogota.org

01.09.2008 (pon.)
Bogota. Adriana

http://www.mercadolibre.com.co/ 

Dziś dzień z komputerem :)…
Nadszedł taki czas, że słowo “colonial” w przewodniku nie cieszy, jak przedtem…
Cieszy natomiast porównywanie rzeczy z Polską i myśl, że nie do końca wszystko jest takie kiepskie tam ;)…
Ok, są inne rzeczy, ale nie znaczy, że mniej piękne, choć mniej egzotyczne, za to bardziej “swojskie” :)!
Znaczy to, że czas pomyśleć o powrocie :)…
Szkoda tylko, że nie ma lepszej pogody w Polszy i wszystko takie drogie…

02.09.2008 (wt.)
Bogota. Adriana

Kolejny dzień organizacyjny: zawiezienie maszynki do golenia na drugi koniec Bogoty (Cra. 49A 84 76), kupno prościutkiego aparatu fotograficznego SAMSUNG S750 (219.000 COP, ok. 260 PLN; trochę mi ciąży, jak pierścień Bilbowi z LotR ten aparat Taty ;)), wymiana czeków podróżnych na gotówkę (Bancolombia - śmiesznie, bo nie wymieniają na dolary, tylko na peso, po SUPER kursie 1 USD = 1.888,1 COP i prowizja tylko 1.500 COP, więc opłaca się przywozić czeki podróżne do Kolumbii).

03.09.2008 (śr.)
Bogota. Adriana

Koniec tego dobrego - wylegiwania się w Bogocie - uderzamy znów na szlak! Plan jest taki: Tunja, villa de Leyva, San Gil, Barichara, P.N. Tyrona, Santa Marta, Taganga, El Totumo, Cartagena, Medellin, Bogota!

Kolumbia: Cali, Armenia, Solento, Valle de Cocora (Zona Cafetera)

August 29th, 2008
Od Colombia. Armenia (Tango)

27.08.2008 (śr.)
Bus z San Jose de Isnos do Popayan.
Popayan. Diego/Oscar

W Kolumbii pojawia się ponownie w czasie mojej podróży biznes sprzedaży rozmów (w Ekwadorze, po Peru był przestój) - minutos :)!

Napotkałem “kumis”! Chciałem spróbować, czy to aby nie ten sam, co w Kirgistanie (mleko od kobyły), ale nie - po pierwsze krowie, nie końskie, po drugie słodkie, nie kwaskowate i bez alkoholu :)!

Przedpołudnie spędziłem na sieci i “planowaniu” ;)!

Bus Popayan - Cali (8.000 COP, 3.5h).O 16-ej spotkałem się z Girlandrey przy uniwersytecie w CALI - super campus! Ach! Stare, dobre czasy studenckie się przypomniały!  Udaliśmy się na trening King Fu Wu Shu - super jest chodzić na tyle różnych treningów, choć tym razem tylko patrzyłem :)!Uniwersytet bomba: mnóstwo studentów (nic dziwnego), ale super klimat: Che na ścianach, w ogóle mnóstwo murali, grafitti (miedzy innymi zabitego przez policję studenta), “lotnisko” (bo wszyscy tam “maja loty” od marihuany), ichni DKF, plakaty, pełno straganów z jedzeniem i mnóstwo życia! Dobijamy późno do domu i po spałaszowaniu kolacji do późna w nocy dokonujemy „wymiany interkulturalnej”: muzyki i filmów, czyli inaczej mówiąc piractwa :)!

Btw: Cali słynie z pięknych kobiet i salsy - żadne jednak z powyższych nie rzuciły mi się w oczy…

28.08.2008 (czw.)
Cali. Girlandrey

Udajemy się razem na zwiedzanie miasta CALI. Podsumowując - w ogóle nie warto… To tak na zachętę do dalszego czytania dla wnikliwych – dlaczego nie warto?! ;)

Przyznaję jednak, że są tu małe, miłe rzeczy, które cieszą np. chontaduro (owoc czerwonawy, podobny do juki, serwowany z sola i miodem) :)! Są też mamosillo (jakby winogrona zielone), grosellas, guayaba, pero, aguacate (takie avocado).

Widzieliśmy kościół La Merced, San Antonio (na wzgórzu z widokiem na miasto), Sta. Rosa, San Francisco - wszystko małe perełki w brzydkich ulicach… 

Spacer wraz z obiadem (24.000 COP / 2 os.) zabrał pół dnia, więc jeśli coś konkretnego się nie dzieje, Cali nie zachwyca (a nawet straszy, bo ma ok. 2,25 mln mieszkańców).

Bus Cali - Armenia (13.000 COP)

ARMENIA - samo miasto nic nie prezentuje sobą, na skutej trzęsienia ziemi. Jest jednak dobrą bazą wypadową!

Do „hościny” przybyłem o 18.30 (bus 1.100 COP - zawsze problem z monetami), a po drodze się dowiedziałem, że w teatrze niedaleko jest pokaz tańca. Na 19-a nie udało się wejść, ale na 21 - owszem!

UWAGA: najlepsze tango widziałem NIE w Argentynie, lecz w Kolumbii!!! To było niesamowite! Strasznie żałuję, że nie mogłem nagrać tego na kamerę, bądź też choć aparat - dla fanów tańca ;)! Rzecz miała miejsce w teatrze, występowali zwycięzcy konkursów tanecznych, maksymalnie były 4 pary na parkiecie! Brak słów! Really! Bomba do kwadratu - ach! Się Argentyna przypomniała i łezka w oku zakręciła :)!

Od Colombia. Valle de Cocora (Salento)

http://picasaweb.google.com/aroundsouthamerica

29.08.2008 (pt.)
Armenia (miasto, w Kolumbii, a nie kraj ;)). Mama Karen

Mimo, że nie było właściwej osoby w domu, zorganizowano mi gościnę przemiła (choć na korytarzu ;))!

Wcześnie rano udałem się busikiem do SALENTO (3.000 COP). Malutkie, kolorowutkie, spokojne, turystyczne miasteczko.

Najpierw nie udało mi się złapać busika w Armenii i przez to uciekł mi też jeep do Valle de Cocora (są o 7.30, 11.30 i 16-ej), co mi wyszło na zdrowie i w ogóle nie żałuję!

Zjadłem sobie śniadanko w budzącym się do życia mieście i pieszo udałem się do VALLE DE COCORA. Śliczna przechadzka! Strasznie mi się podobają “hacjendy” kolumbijskie- muszę trochę podpatrzyć i wykorzystać na działce pomysły (+zaimportować słońce ;))!

Czasami ma się wrażenie spacerując po Kolumbii, jakby się szło przez gigantyczne ogródki działkowe (co nieuchronnie przywodzi mi na myśl z dawna wyczekiwana działeczkę w Sypniewie i me “niecne” plany z nią związane ;)).
Tak mnie naszło, że ludzie chyba robią wakacje, ponieważ kiedyś byli wędrowcami i taki pierwotny instynkt się gdzieś tam tli ;)!
Kiedyś też nie mogłem zrozumieć fenomenu ogródka działkowego - nudne było to dla mnie, ale teraz z niecierpliwością wyczekuję, by sobie pomieszkać trochę w naturze, z dala od miasta!

W Valle de Cocora nie ma nic poza przejażdżkami końmi, wyżerką pstrąga, spacerami, chill-outem i oczywiście drzewem narodowym Kolumbii palma de cera (woskowa, endemiczna, ma nawet do 60m wysokości i tylko tu rośnie, w lesie tropikalnym) :)!

Z ciekawostek to na kompletnym wygnajewie (pięć domów na krzyż) jest dużo wojska. Przy sklepie też widziałem listy gończe FARC…

Drogę powrotną pokonałem jeepem (3.000 COP).

W SALENTO wszedłem na mirador (punkt widokowy) z panoramą na Valle de Cocora. W międzyczasie pootwierały się też “negocios”, czyli sklepy, restauracje - więcej akcji w mieście ;)!

Bus Salento - Armenia (3.000 COP).

Udałem się busikiem do Parque Nacional de Cafe, ale nie wszedłem, bo za dużo na śniadanko wydałem i cena biletu mnie przerosła…
Ze względu na ładną pogodę wiele osób, jak w to w południowych krajach śmiga na “bzykach” (motorkach)!

Myślę, że jestem już dostatecznie długo w Kolumbii, by zmierzyć się z niektórymi opiniami, jak choćby z tą, że ludzie są cudowni… I tak, i nie ;)! Fakt, spotkałem w Tierradentro dziadziusia, który wyrażał swoją wdzięczność za to, że odwiedzam jego kraj, ale też widać biedę na ulicy, zaczepiają ludzie, widząc w białym chodzący worek pieniędzy, oferując “turystyczne” ceny, bądź próbując naciągnąć na śniadanie (a zrobił to Amerykanin - żul ;))!

 

Kolumbia: Tierradentro, San Augustin

August 26th, 2008
Colombia. Tierradentro

4.08.2008 (niedz.)
Popayan. Oscar Bus Popayan - Tierradentro (16.000 COP, 5-6h, droga straszna “destapada”, autobus się 3x psuje - koło ;). Ok. 14-ej dobiliśmy do skrzyżowania (”cruce”), skąd jest 1/2h drogi do Tierradentro.TIERRADENTRO: jedna droga, milutkie domki (głownie hostele, restauracyjki), typowe miejsce na relaks wśród gór i zabytków wiekowych :)!
Jako, że było wcześnie wybrałem się najpierw na najbardziej odlegle miejsce archeologiczne El Aguacate, ok. 2h marszu. Na szczycie zgromadzonych jest ok. 70 “jam” - grobowców (niezamykane, przeciwnie do pozostałych w tej okolicy). Dziury wyglądają, jakby hobbici mieli w nich swe domy ;)! Grobowce były kopane głęboko w ziemi (ok. 2-7m), ze spiralnymi schodami prowadzącymi do ich wnętrza. W środku zdarzają się malowidła geometryczne głownie :)!

Zejście trwa ok. 1h.

Powodowany kłamliwą informacją, że jest msza wieczorem w kościele udałem się do San Andres de Pisimbala (30 min. z Tierradentro).  Mszy oczywiście nie było, ale za to zobaczyłem śliczny kościółek kryty strzechą oraz nocne życie wioski, gdzie mnóstwo muzyki na ulicach - bardzo przyjemnej, salsowatej głównie, bo to przecież typowa muzyka Kolumbii (choć się z niej nie wywodzi ;)).

Na nocleg wybrałem sobie Alto de San Andres - elegancko: namiocik pod daszkiem na grobowcach, używałem tylko jednej warstwy namiotu, bo upal przyjemniutki!

25.08.2008 (pon.)
Tierradentro. Namiot

O 8:00 otworzyli Alto de San Andres (daleko nie miałem ;)). Grobowce są osłonięte daszkami od deszczu i zamykane kratą na noc.

Wyprzedzając nieco fakty rzeknę, że w doskonalej kolejności zwiedzałem zabytki - po prawdzie wszystkie są podobne, ale ma trasa przypadkowo wiodła od najbardziej zapuszczonych (niektórzy by powiedzieli “klimatycznych”), do najlepiej zachowanych (najokazalsze, z dobrej jakości malowidłami).

Z Alto de San Andres jest blisko (ok. 15 min.) do El Tablon. Znajduje się tam ok. 15 statuł rzeźbionych w kamieniu (co jest przedsmakiem San Augustin ;))!

Stamtąd spacerkiem 30-45 min. do El Duende, w którym jest zaledwie kilka grobowców.

Niecałe 10 min. dalej jest najlepszy zabytek Segovia, z elektrycznością (bo normalnie to z latarą pożyczoną od strażnika się ogląda grobowce) i największym skupiskiem grobowców, z najlepiej zachowanymi freskami (?). Znów trochę się człowiek czuje, jak Indiana Jones - wchodzi się (choć nie zawsze - w większości przypadków są barierki) do grobowców, malowidła mają kształty głównie geometryczne (czarne, białe, czerwone), zdarzają się też rzeźby głów, większość “jam” ma filary po środku. O dziwo wcale nie jest zimno w grobowcach. Ponoć powstały one miedzy III w. p.n.e. a VI n.e., choć nie wiadomo do końca kto je zbudował - co dodaje jeszcze więcej tajemniczości ;)!

Po kolejnych 20-u minutach dochodzimy do drogi, po obu stronach której mamy muzeo: etnograficzne i archeologiczne (7.000 COP wraz z odwiedzonymi grobowcami). Muzea są miłym, choć chyba niekoniecznym akcentem zakończenia zwiedzania Tierradentro.

Powiem szczerze, że chyba szybciej to się nie dało zwiedzić całosci, ale nie chodzi o pospiech, tylko “boska logistykę” zwiedzania, która pozwala zaoszczędzić czas ;)!

Camioneta (jeep pick-up) z Tierradentro do La Plata (8.000 COP, 1,5h - straszna droga, nowy lider w stosunku do “drogi śmierci”, choć widoki piękne - strzeliste góry, rzeka w dole…).

Camioneta La Plata - Pitalito (18.000 COP, 3h). Camioneta Pitalito - San Augustin (5.000 COP, 1h).SAN AUGUSTIN po Tierradentro zrobił na mnie wrażenie metropolii ;)! Miałem wiele szczęścia, że udało mi się dotrzeć tego dnia tutaj ;)! Trochę info organizacyjnego:Rafting: 40.000 COP
Konie: 21=>15.000 COP
Jeep: 30.000 COP

Żeby nie tracić czasu udałem się w kierunku La Pelota - miejsce archeologiczne nieco za miastem… Ciemno już było, ale jakoś na wiochach w Kolumbii bezpiecznie się czuję. Mapa z przewodnika nie była jednak zbyt dokładna, po ciemku nie było kogo zapytać o dalszą drogę i koniec końców ległem się z namiotem gdzieś przy polu, nie dobijając do celu. Tak czy owak, prezent z Coca czekał, warunki sprzyjały - naturaleza - ale coś znów nie zadziałało…  Dwudniowa dieta na nic, ale za to jaka pyszna pucha rybki po nocy była ;)!

Od Colombia. San Augustin

26.08.2008 (wt.)
San Augustin. Namiot

A la orden” - czyli “na rozkaz” - tak mówią sprzedawcy w Kolumbii :)! Trochę się kojarzy z tym, jak się w RPG kliknie na osóbkę, też czasem ma jakieś odzywki - ta pasowałaby idealnie ;)!

Okazało się, że jeszcze z 1/2h brakowało do La Pelota i pewnie po ciemku bym nie znalazł, bo drogi wiejskie nie maja oznaczeń… W La Pelota znajdują się dwa obiekty ze statuami i grobami kamiennymi. Rzeknę, że w San Augustin i okolicach naprawdę powyżej setki statuł się widzi :)!

Z La Pelota jest ok. 1,5h drogi do El Estrecho - przewężenia rzeki Magdalena do ok. 2,2m. Nie zalecają jednak kąpieli tam…

Jak zwykle już “za chwilę” camioneta miała przyjechać i czekałem bezowocnie godzinę. Uratowała mnie “pomoc Boża”: zatrzymał się ksiądz (którego nie rozpoznałem) i na stopa mnie zabrał w pobliże San Augustin - co za szczęście!  Dzieki Padre Jose!

Obejrzałem La Chaquira - klimatyczną rzeźbę z tłem w dolinę rzeczną oraz El Tablon (jak się nie trudno domyślić - statuy ;)).

Jakieś 5km dalej jest Muzeum w SAN AUGUSTIN (7.000 COP) - naprawdę super: kilka miejsc archeologicznych, mnóstwo statui i grobów, park statui z innych rejonów Kolumbii, muzeum jako takie.

Obaczylim, co było i jadziem dalej - do San Jose de Isnos (2.000 COP), ale wcześniej do “cruce” (1.600 COP, 5 km).

Z SAN JOSE DE ISNOS ok. 5km “ogródkami”, ale asfaltem do Alto de los Idolos (7.000 COP), gdzie znajduje się najwyższa figura (7m). Zadbane, ładne wszystko, choć nie tak atrakcyjne, jak San Andres (muzeum). Po drodze, z ciekawych rzeczy można zobaczyć, gdzie wyciskają sok z trzciny cukrowej! Godzinka z plecakiem z powrotem do miasta.

Tam, na ukoronowanie tak intensywnie spędzonych dni oraz w oczekiwaniu na autobus - wyżera: sok z borojo (2.500 COP) - pycha (!), winogrona (1.500 COP), papa (700 COP), platano (1.000 COP), ciacha (któż by liczył ;))!

Udaje się wytargować cenę z San Jose de Isnos do Popayan za 12.000 COP (z 25.000) ;)!

Kolumbia: Popayan

August 23rd, 2008
Od Colombia. Popayan

21.08.2008 (czw.)
Autobus Coca - Quito

Szybko udaje się do Casa de la Ninez po plecak i z powrotem na dworzec na autobus do Tulcan (4,80 USD, 5h).

Musze przyznać, że od “artesanias” w Coca dowiedziałem się, że można z Lago Agrio bezpośrednio przekroczyć granicę z Kolumbią… Ja miałem plecak w Quito (obawa przed utrata aparatu) i jakoś mój przewodnik nie wspominał tego przejścia granicznego, a może przeoczyłem…
Z drugiej strony może i dobrze, bo pewnie przez Tulcan bardziej bezpiecznie (choć na pewno mnie to drożej wyszło ;)).

Z Tulcan busem miejskim do jakiegoś parku, zaś minibusem do granicy.

Na granicy celnik ekwadorski miał problem (co znaczy, ze JA miałem), bo moich danych nie było w systemie (pewnie z La Balsa przez miesiąc nie zdążyły dojść, bo to przecież drugi koniec Ekwadoru ;))…
Musiałem się na ksero paszportu wykosztować, ale ok ;)… Taki był warunek: albo ksero, albo nie puszczą ;)!

Ogólne dane o EKWADORZE, jako, że go opuszczam (rychło w czas ;)): 22 prowincje, 12.5 mln mieszkańców, 14 plemion indiańskich :)!

Na granicy kolumbijskiej natomiast mnie o wizę uprzejmie poprosili… Trochę trwało zanim uwierzyli, że od całkiem niedawna Polacy nie potrzebują wizy do Kolumbii… (ponoć w portach lotniczych wydaja na 90 dni, na “ziemi” tylko na 60 dni - choć różnie mówią…).

Wymieniajcie pieniądze na granicy - lepszy kurs niż np. w Popayan (1.770 a 1.700 / USD).
Z granicy busikiem do Ipiales (oj… 3-4x droższe transporty w Kolumbii niż w Ekwadorze :( - średnio 5.000 COP za 1h jazdy, co oznacza 60 km/h).

Z Ipiales niby ok. 350 km do Popayan, więc myślałem, że 4h i jestem na miejscu, ale wcale nie! 7-8h, a po prawdzie 9h! (30=>25=>20.000 peso).
O 2.30 zlądowałem w Popayan i przezornie wziąłem SAM taxi do Oscara (3.500 peso).
22.08.2008 (pt.)
Autobus Ipiales - Popayan. Popayan. Oscar

POPAYAN jest maluśkie, ale milusi - “kolonialka” (w sumie to w Polszy też mamy mnóstwo budynków z XVII-XVIII w. i nikt nie robi z tego wielkiego “halo” ;))!
Wspiąłem się na El Morro (punkt widokowy), poszwędałem się po mieście - mnóstwo kościołów, biało, miło, ludzie sympatyczni, jedzenie nieco (30%) droższe niż z Ekwadorze, ale super miły host (25l.)!
Słabe kursy walut w kantorach (brak turystów). Można na placu głównym w sklepie z butami wymienić dolce ;) (kurs ten sam co wszędzie)!

Ok. 15-ej udajemy się na trening MMA :)! Super fajne: ogólnorozwojówka, judo, boks, kopnięcia! :)))
Czuję plecy od uderzeń, a bardziej machania rękoma - dawno nie ćwiczyłem, ale jest takie “dobre zmęczenie” po treningu!

Mała drzema, pranie, jedzonko i sympatyczne rozmowy po nocy, bo Oscar to “sowa” (a ja “skowronek” ;)).
23.08.2008 (sob.)
Popayan. Oscar

Na “dzień dobry” przez mych bliskich zachwalany “Dr. Strangelove” Stanley’a Kubrick’a - super! Polecam chyba w podobnym stylu opowieść “12-u gniewnych ludzi” :)!

Tutaj wszystko wolno się dzieje, więc przez 12-a wygrzebalim się na kąpanie w rzece (1.400 peso bus), kolo Lactae (?), w stronę Cali.

Zaś obiadek (prawie 6.000 peso, tamales de pipian, ojaldram, rosquilla, wcześniej arepa - kukurydza z serem), później komputerek :)! Z życia nocnego nici…

Ecuador - Summary / resumen

August 21st, 2008
Marko, stwory i zielsko

Ahora voy a probar a escribir un resumen de Ecuador en castellano! :)

Mi ruta: La Balsa, Vilcabamba, Loja, Cuenca, Ingapirca, Puerto Lopez, Zumbahua, Quilotoa, Chugchilan, Banos, Puyo, Quito, Otavalo, Mindo, Coca.

Una sorpresa muy positiva y lo mas grande estuve la gente: desde el cruzar de la frontera hasta fin de mi viaje en Ecuador encontré mucha muy buena gente!
Muchísimas gracias por toda la ayuda y los momentos muy agradables, especialmente en Cuenca, Quito y Puyo!

La otra sorpresa era la música en los buses - en Perú en mayoría - cumbia, en Ecuador - salsa, que me gusta mucho mucho mas! :)

Ahora cuando estoy comparando Ecuador después de visitar Colombia puedo decir que los transportes son 3-4 veces mas caros en Colombia, que es una ventaja de Ecuador - transportes económicos. Se puede ir de un fin del país al otro por la noche! :)

Ekwador: Coca (ostatnie podejscie do dżungli w Ekwadorze)

August 20th, 2008

20.08.2008 (śr.)
Autobus Quito - Coca

Przybywam ok. 6:15. Pada, kiepskie widoki na łódź - nikt nic nie wie, a szczególnie, że łódź dziś ma być, za to wszyscy wiedzą, że raczej dziś łodzi nie ma… :(. Biuro łodzi Coop. de Transportes Fluviales Orellana zamknięte (otwierają ok. 9-ej).
Wczoraj dzwoniliśmy z informacji z Quito, by się upewnić, że łodzie pływają z Coca do Pañacocha. Oczywiście nie można polegać nawet na informacji telefonicznej…
Nie ma łodzi w środy z Coca do Pañacocha… Są za to o 7.30am w poniedziałek i czwartek (7,5 USD). Co gorsza wracają tylko w niedzielę i środę. BRAK w PIĄTEK, mimo, że tak pisali w Lonely Planet (niektórzy mówią “Lying Planet ;)), co kładzie cały mój misterny plan na łopatki…
Dowiedziałem się też, że w Pañacocha, to tylko są “comedores” [jadalnie] i nic więcej, więc nawet, gdybym miał czas, to umarł bym z nudy trzy dni czekając na łódź powrotną… Poza tym dopadła mnie schiza, że mi dali wizę na Ekwador tylko na 30 dni i jak zacząłem liczyć, to mi wychodziło, że soon muszę spadać z tak mi drogiego Ekwadoru (nie mogłem sprawdzić dokładnie, bo paszport został w Quito). Oczywiście okazało się później, że na 60 dni miałem wizę…

Próbowałem się wywiedzieć o wycieczki, ale śpiewali 80 USD (po negocjacjach wielkich zeszli do 65 USD) za dzień, a na dodatek minimum na sześć dni…

Poszukiwania przewodników też się nie powiodły: jeden akurat był w Guayaquil (John Andy ?! - 2881 441; 288 055),  a “casa del Marito” (gdzie mieli rezydować Luis Duarte i Luis Garcia) nie da się odszukać…

Ponoć są jakieś łodzie z Municipio de Aguarico, ale oczywiście było zamknięte…

COCA w dzień nie zachwyca, nocą lepiej wygląda - szczególnie szeroka Rio Napo o zachodzie słońca…

Z miłych, drobnych rzeczy jest “agua de coco” [woda z koksa] :)!!!

No nic - zwiedzamy, co się da!

Busem do SACHI (1 USD, 45 min.).
Z Sachi do Limoncocha (1,50 USD, 1,5h). Po drodze fajniutka dżungla, domy na palach, palmy, ale też rury z ropą na powierzchni (czasem nawet ogień z nich bucha :)). Cały teren jest wydobywczy. Straszyli w agencjach podróży, że turysta specjalne pozwolenie potrzebuje, by tam wjechać - bujda! ;)).
W LIMONCOCHA jest jezioro, które można “canoa” z przewodnikiem zwiedzić (12-15 USD + wstęp do parku 5 USD). Jak dobiłem, jakieś niejasne problemy robili, że teraz nie można, bo za ciepło, że zaś lepiej, bo nocą można kajmany ogladać i coś w stylu “teraz to synku lepiej jedz sobie obejrzeć muzeum w Pompeya”…

No ok… Bus akurat przyjechał (ale uciekł :().

Bus Limoncocha do Pompeya (0,50 USD, 30 min.).

Przy okazji: szamanów brak, choć inne źródła mowią, że jest “Richard Grefa“.

Nie ma łodzi z Limoncocha do Pañacocha…

W POMPEYA jest bar-restauracja, w sobotę (chyba) odbywa się ponoć ciekawy targ (w Coca w niedzielę - chyba), gdzie okoliczni Indianie zjeżdżają i jak się ma zamówioną łódź, można się na drugi brzeg pięknej Rio Napo do drugiej części wioski przeprawić…
Nieco oddalona jest misja katolicka POMPEYA, która to była moim celem. Są tam 4 siostry zakonne (3 z Ekwadoru i jedna z Kolumbii) i dwóch “padre-luzaków” z Ekwadoru (bo akurat byli do połowy września na wakacjach :)).
Siostry za 3=>2 USD pokażą muzeum ceramiki odkupowanej od okolicznych ludów (super zabrudzone szyby). Ciekawe są niektóre naczynia antropomorficzne, z “głowami-porywami” :)!
W ogrodzie można znaleźć cytrynę wielkości małego orzecha kokosowego - giganty, a także guayaby (ach, Brazylia i dżem gojabowy :)) i mnóstwo stworów (motyle, jaszczurki, ptaki).

Jako, że jeszcze misja “aya” czekała, udałem się z powrotem autobusem do Coca, odpuszczając sobie Lagunę i kajmany…

8 km od Coca jest Don Bartolo (uzdrowiciel), ale nie miał tego, czego szukałem. Dal mi za to namiar na Augustina (200m od skrzyżowania Loreto / Coca, za kontrolą policji). Nie było Augustina w domu, ale za 5 USD nieco mi córka “ofiarowała” :)!

Zachód słońca nad Rio Napo umilili mi “artesanias” z Argentyny i Kolumbii :)!

Z braku laku tegoż samego dnia udałem się z powrotem do Quito, tym samym kończąc moją ekspresową przygodę z dżunglą ekwadorską :)!

22:00 autobus Coca - Quito (10 USD, 8,5-10h). Po drodze trochę stresu, bo przy wjeździe do Quito, w środku nocy wywalają z autobusu, kontrola policji, a ja bez paszportu (tylko ksero jednej strony) i z bonusem, ale jakoś przeszło ;)!

Ekwador: Mindo i Quito (runda druga)

August 19th, 2008
Ecuador. Mindo

18.08.2008 (pon.)
Quito. Ty (Jeff)

7:00 Autobus do Mindo (2,5 USD, 2,5h).
Z drogi pick-up´em do wioski (0,50 USD).

MINDO jest malutkie i urocze. Faktyczne roślinność “dżunglowata”, mnóstwo motyli, ptaków, super ciekawa czarna jaszczurkę z kolorowymi pasami udało mi zobaczyć, oprócz tego wilgotno i parno.

Udałem się do Mariposario (3 USD, 15 min., 5 min. z przewodnikiem). Jest to miejsce, gdzie hoduje się motyle. Niby można zobaczyć ze 20-a rodzajów. Mi się udało może 5-6 (ponoć pogoda była brzydka i motyle się “rozleniwiły”; zamiast swe wdzięki prezentować - kimały ;))!

Następnie wycieczka piesza przez “dżunglę” (tylko można iść drogą dla samochodów, bo reszta zarośnięta “nie-do-przejścia”) do Balneario Nambillo (3 USD). Jako, że pogoda była średnia, a ja czyściutki, nie skorzystałem z kąpieliska ;). Można tam ponoć wodospad zobaczyć (a tych sporo się w Banos naoglądałem) i nawet z jakiejś wysokości skoczyć.
Tak, czy owak, spacer bardzo miły :)!

Po drodze można się przejechać 530m Terabita (kolejka linowa, 5 USD), która prowadzi do szlaku z siedmioma wodospadami. Zajmuje wycieczka ponoć 4 godziny, a ja tyle czasu nie miałem (nie wspominając o widzianych juz wodospadach ;)), więc zadowoliłem się widokiem z nad kolejki.

Poniżej można skorzystać z Canopy (przejażdżka po linach nad dżunglą; 15=>10 USD - 13 lin, 5 USD - 3 liny, 2,5 USD - 1 lina). Ja wybrałem wariant średni, jako, że coś moje kalkulacje szwankowały i maluśko “zielonych” z Quito zabrałem…
Naprawdę fajne przeżycie! Nawet w trakcie jazdy można fotki robić!

Wróciwszy do Mindo, tak naprawdę nie było wiele do roboty…
Odbierając plecak z informacji turystycznej dowiedziałem się, że jest w Mindo (a przynajmniej “może być” polski ksiądz - a takiego juz od dawna poszukuję! :)).
Udałem się we wskazane miejsce (na przeciw hotelu Samaihuku) i trafiłem na teren należący do kościoła.
Księdza jedna nie było… Okazało się, że nie z Polski, tylko Niemiec, ale koniec końców Lenner Aristo Saazar Moreira - strażnik, na me pytanie, czy mogę tu rozbić namiot (jako, że do „z góry upatrzonego miejsca” było daleko i deszcz akurat zaczął padać) odparł, że mogę się w cabani (domu drewnianym) przeznaczonej dla pielgrzymów zatrzymać

muy buena gente (dobrzy ludzie) :)!
Cały teren jest nowy, domki są jednoosobowe, czyściutkie, przytulne. Kościół jest mega klimatyczny (wraz ze stunogim stworem na ścianie), który był tylko dla mnie (kościół, nie stwór).
Piękny wieczór spędziłem :)!
Podsumowując: kiedy jestem sam i trochę mi nudno/smutno, często zdarza się cos super zaskakującego (jak spotkanie trenera BJJ na Rucu Pichincha :))! Zycie jest piękne! <

19.08.2008 (wt.)
Mindo. Cabana w Ośrodku Religijnym (fuks - buena gente)

Rano “akcja błysk” - zaspałem (nie usłyszałem budzika). Wstałem dokładnie o 6:08, a o 6:30 (kolejny bus o 14-ej) miałem autobus! Szybciutko!

Autobus Mindo - Quito (2,5 USD, 2,5h).Zostawiłem plecak w Quito w informacji turystycznej i udałem się do kongresu, umówiwszy się wcześniej z Rosario, żeby zobaczyć mural / obraz Guayasamina.Rzecz to rzadka i wyjątkowa, bo nie każdy turysta może wejść do budynku kongresu Ekwadoru. Rosario pracuje tam i dlatego miałem taką możliwość :)! Dzięki!
Zostaliśmy super przyjęci, pozapalali światła, nawet na dach zabrali nas, by podziwiać panoramę Quito, foty porobili (mam nadzieje, że nadeślą ;)! Super!Jako, że miałem jeszcze trochę czasu postanowiłem zrobić użytek z czeków podróżnych American Express, na których w ciągu pół roku juz nieco straciłem (wystawione w USD, a dolar spada)…
Można wymieniać na ulicy Amazonas / Washington, na Mariscal, w Vazcorp (?), bądź w Produbanco, ale tam robili straszne problemy, że dopisałem na czeku, by sprawdzić paszport i dlatego nie mogą zaakceptować (ale prowizja niższa, bo 1%). Szkoda czasu na kłótnie i wymieniłem w Vazcorp (prowizja 1,8%, czyli 0,3% więcej niż w Polsce).

Później udałem się do Casa de la Ninez, by zostawić plecak u Heather, jak się wcześniej +- umówiliśmy…
Tu było trochę komplikacji, bo Heather już ani tam nie pracuje, ani nie mieszka, ale ostatecznie udało się plecak zostawić w lokersie :)!

O 18-ej udałem się z lekkim plecakiem do Coca (10 USD, 8,5-10h) - moje pewnie ostatnie podejście do dżungli :)!

Ekwador: Quito (Mitad del Mundo, Rucu Pichincha), CAM3, a takze Otavalo

August 18th, 2008

http://picasaweb.google.com/aroundsouthamerica

14.08.2008 (czw.)
Quito. Maria

Mande! znaczy “nadawaj” - takie ekwadorskie “proszę”, gdy się czegoś niedosłyszy ;)

Poza tym, że wczoraj z Maria Lorena udaliśmy się na nowego Batmana, to nic specjalnego się nie zdarzyło (film był po hiszpańsku - powtórka w Polsce murowana, ale i tak było fajnie ;)).

Dziś wycieczka “musowa” w okolicach Quito, czyli do “Mitad del Mundo” (Środek Świata) (2 USD).
Tak naprawdę osławiony pomnik nie znajduje się na środku świata według GPS, ale i tak wszyscy tam łażą ;). Nie będę się nad tym rozwodził, bo wielu to już przede mną robiło, a dla mnie i tak nie ma to większego znaczenia, czy środek świata jest dokładnie w tym miejscu, czy 240m obok ;)!
Cieszę się, że z Końca Świata (Fin del Mundo) - Ushuaia, udało mi się dotrzeć na Środek Świata. Kolejny etap to “koniec” Ameryki Południowej w Kolumbii ;)!

Obok pomnika znajduje się całkiem zabawne i ciekawe Museo Salar Inti Nan (3 USD, z przewodnikiem za “propinę“, ale nie koniecznie).
Wiadomo, że próbują ściągnąć turystów, czym tylko się da, ale - jak już wspomniałem - ponoć właśnie tam się znajduje prawdziwy Środek Świata :)!
Fajne “eksperymenta” tam robią! Na przykład: wiecie jak trudno jest iść z zamkniętymi oczyma tip-topami po równiku? W ogóle nie można utrzymać równowagi (i to nie pijąc alkoholu ;))! Ponoć to dlatego, że w 70% składamy się z wody…
Inną ciekawostką jest możliwość ustawienia jajka “na sztorc” na główce gwoździa - udało mi się to zrobić (dali nawet certyfikat) ;)!
Przypomniały mi się też zabawy z Salar de Uyuni po rumie, gdy “lewitowaliśmy” Neil’a - może to własnie stąd Asher zasięgnął wenę - dokładnie to samo robilim tutaj: jedna osoba siedzi, a inne podnoszą tylko palcami (cztery osoby). Zaś próbują ponownie, wcześniej układając dłonie nad głową”ofiary” (lewa, prawa)…
I wiecie co?! Naprawdę czułem energię “jeżdżącą” po kręgosłupie, jak mi machali łapskami nad czerepem ;)!
W muzeum jest też część etnograficzna - domy z dżungli, sprzęt i nieco gadulstwa (są też “tzantza” - zmniejszone głowy przez plemię Shuar, na temat którego Ewa napisała piękny elaborat w komentarzu ;))!
Możemy obejrzeć jedyny ponoć zegar słoneczny znajdujący się na równiku!
Są też eksperymenty z kierunkiem wirowania wody w różne strony w zależności od tego, na której półkuli się znajduje misa (na www.youtube.com wpisać należy “Mitad del Mundo Ecuador“).
Stamtąd udałem się do krateru wulkanu Pulutahua. Trzeba podjechać jakieś 5km autobusem (0.25 USD) i zaś drałować.
Tak naprawdę, to pewnie bym się nie domyślił, że to krater wulkanu, gdyby mi nie powiedzieli ;).
Ponoć są dwa typy kraterów: jeden stożkowy i drugi właśnie taki, jak Pulatahua, czyli wklęsły (wulkan się zapada po erupcji).
Można zejść na dno (20 minut) i w sumie - poza hostelem - nic ciekawego tam nie ma. Kolejne 20-30 minut z powrotem na górę.

Jako, że jeszcze trochę czasu mi zostało, udałem się do Parku La Catalina do Vivarium (3/1.5 USD - stud.), gdzie trzymają głównie węże i garstkę żab.
W sumie fajnie, bo można było dotknać boa, a nawet za 3 USD pacnąć fotkę sobie :)!
Okazuje się, że nie wszystkie węże są zabójczo jadowite, ale ponoć wszystkie są jadowite, tylko że jedynie niektóre mają kanały w zębach, by przewodzić jad…

Wieczorkiem udało się wyjść do knajpy z Marią Loreną i jej koleżankami, a także przy tej okazji podziwiać Quito nocą :)!

15.08.2008 (pt.)
Quito. Maria

http://www.quitocultura.com

Kolejna próba zmierzenia się z Teleferiqo! Bilet mam! Plecak duży zostawiam w “bileterii” i ku mojemu zaskoczeniu naprawdę jest mało ludzi - nie to , co poprzednim razem…
Zaraz na wejściu na szlak (wjeżdża się kolejką na 4.100 m n.p.m.) napotykam - jak się później okazuje - przefajnego Amerykanina - Lence’a - który, z tego powodu, że mu “buddy” nawalił (na “soroche” - choroba wysokościowa), mnie zagadnął i razem na szczyt Rucu Pichincha się wspięliśmy  (4.700 m n.p.m., 2h, Lonely Planet mówi, że trzy potrzeba, ale my “sportsmeny” ;)).
Należy Wam się wyjaśnienie, że straszą w przewodniku, że na szlaku napadają, więc połączylim siły! :)
Nie żebym się przechwalał ;), ale Lens jest instruktorem BJJ w Stanach, a pod koniec treku został znacznie w tyle ;)! No ok, pewnie w BJJ by mnie “poskładał” ;)!
Na szczycie spotkalim kolejnego przedstawiciela Ameryki Północnej, tym razem z Quebecu. Niektórzy to straszne gaduły :)…
Strasznie też na szczycie zmarzliśmy i widoki takie sobie, bo niebo chmurne, ale fajnie się rozmawiało w czasie treku (chyba po to się głównie chodzi po górach ;))!
Spokojnie zeszliśmy około 15-ej na dół, gaworząc (jedni mniej, drudzy więcej - wiele)…

Ok. 18 zlądowalem u Ty (Jeff), Samir’a i Yoanny’ego. Za dwa tygodnie otwierają restaurację “Sweet Sensations” :)! Apartament 340 m2… Chyba takiego przepychu jeszczem nie widział w życiu ;)!

Ecuador. Otavalo

16.08.2008 (sob.)
Quito. Ty

Tutaj - sobota - dzień targowy, więc do OTAVALO (2 USD, 2h).
Niektórzy mówią, że przereklamowane, a mi się - o dziwo - podobało! W porównaniu z targiem w Zumbahua to prawdziwa rewelacja! :)
Zapraszam do galerii!
Naprawdę duży wybór praktycznie wszystkiego, ale ceny wcale nie konkurencyjne, choć się nie targowałem specjalnie…
Fakt, dużo białych…
Jest targ: “artesania” (czyli “rzemieślniczy”), zwierząt i jedzonka - pycha :)!
Z “highlightów”: żeby zaprzeczyć temu, ze niby ci Ekwadorczycy to złodziejski naród wspomnę, że odwiązał mi się zegarek, a dobrzy ludzie mi zwrócili uwagę na ten fakt i mam zegarek do teraz :)!

O 13-ej udałem się z powrotem do Quito (2 USD, 2h).

W sierpniu jest Festiwal Młodzieży (czy Młodości) w Quito. Od 16-ej na placu Św. Franciszka były koncerty! Nawet całkiem “twarde” muzycznie, co mnie zaskoczyło, lecz raczej poziom reprezentowano kiepski… Jest to jedna z rzeczy “zachodnich” (muzyka), które cenię baaardzo :)!

A wieczorkiem, ze spokojem, na komputerku filmik tai-bo “Protector” :)!

17.08.2008 (niedz.)
Quito. Ty

Dziś ostatni dzień CAM3 (Zjazd Misjonarzy całych Ameryk).
Z tego powodu na stadionie LIGA odbyła się uroczysta msza (g.10-13). Ponoć stadion jest na 30.000 osób. Ponoć było 3.000 misjonarzy. Ciekawe przeżycie, naprawdę pozytywne! :)

Jutro do Mindo, a zaś zobaczymy, czy się ktoś na wyprawę do dżungli (ponowna) zgłosił :)!
Już powoli dobry czas na zmianę kraju - Kolumbia czeka! :)

- Gracias!
- A Dios! ;)

http://picasaweb.google.com/aroundsouthamerica

Ekwador: Quito

August 13th, 2008
Ecuador. Quito

http://picasaweb.google.com/aroundsouthamerica

10.08.2008 (niedz.)

O 7:00 przybyłem do QUITO!
Jak zwykle zapomniałem, że kafaje I-netowe otwierają później, ok. 9-ej, a na dodatek niedziela… Nie mogę się z hostem skontaktować, ale udaje się do jego lokum, co zajmuje mi 3,5h w pełnym rynsztunku :(… Nie ma go, ale zostawiam bagaż i udaje się “na miacho” :)!

Quito jest bardzo przyjemne - mniejsze, niż się spodziewałem. Naprawdę ładnie! Przechadzam się po mieście, ale niemrawo, bo prawie nie spałem w nocy. Strasznie zimno było w autobusie, a ja sie “plażowo” w Puyo (dżungla) ubrałem…

W kafei internetowej spotykam zupełnie przypadkowo Heather i Cristine, które to spotkałem wcześniej w Qiulotoa :)!

Jako, że nocleg niepewny, uruchamiam plan B i Rosario jest tak miła, że mnie bez specjalnego wcześniejszego powiadomienia przyjmuje! :) Jedziemy z Cumbaya, Supermaxi, do dzielnicy sypialnej Quito :)!

11.08.2008 (pon.)
Quito. Rosario.

Jedziemy razem autem do pracy i tam, w biurach kongresu piszę bloga ;)!

Basilica del Voto Nacional (Misiorenros Oblatos) (wejście na wieżę 2 USD).
Bazylika sama w sobie jest w stylu gotyckim. Naprawdę warto wspiąć się na samą górę (uwaga: stromo! ;)). Piękne widoki na całe Quito! Na wieży jest galeryjka, sklep, toalety, restauracja oraz sklep z pamiątkami.

Iglesia de la Campañia de Jusus (2/1 USD - stud.).
Kościół śliczny, prawie cały w złocie. Na uwagę zasługują obrazy przedstawiające piekło (każdego potępionego jakieś stwory podgryzają ;))!

Quito posiada wiele placów całkiem blisko względem siebie położonych. M.in. plac św. Franciszka i Dominika. Myślę, że otwarte przestrzenie zawsze dużo uroku dodają miastu! :)

Całkiem przypadkowo - ponownie - spotykam dwie Amerykanki (Heather i Cristine) w kafei internetowej. Świat jest maly, a wszyscy obcokrajowcy odwiedzają te same miejsca…

O 18:00 spotykam się z Jose, synem Rosario, oglądając wcześniej Kościół Św. Tereski.
Udajemy się na trening Muay Thai - super akademia, mnóstwo długich worków, no i chłopaki konkretnie ćwicza - sparingi!

Fajne serie treningowe udało mi się podpatrzeć:
25x szybkie brzuszki, pompeczki, podskoki w przysiadzie - i to wszystko 5x!
100x uderzenia słabe w brzuch na “oklepanie” ;)
50x w każda noga słaby low-kick
15x pompeczki z nogami w rozkroku i klatka do ziemi
kołyska na leząco, z nogami w 2 pozycjach
Ćwiczenia z workiem: 0.5 min. proste uderzenia, łokcie, uderzenia w brzuch, kolanka frontalne i boczne, low-kicki - 10x

Po treningu, pozostając w “bojowym” nastroju oglądaliśmy UFC na DVD! :)

12.08.2008 (wt.)
Quito. Rosario

Dziś zaczyna się w Quito “zlot misjonarzy” - www.cam3ecuador.org [obecnie link juz nieaktualny]

Chciałem dziś wjechać kolejką Teleferiqo na 4.100 m n.p.m. (4 USD), ale otwierali dopiero o 11-ej (dwie godziny czekania na darmo). Niema jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło: spotkałem Bettinę ze Szwajcarii. Po kupnie biletu postanowiłem jednak przełożyć wizytę (bilet ważny tydzień) na inny dzień, bo o 17-ej muszę odebrać plecak i miałbym mało czasu być się “delektować” ;).

Udałem się do centrum, które jest kopalnią skarbów - już tyle czasu tu spedziłem, wciąż jednak coś nowego, fajnego znajduję!
Kościoly i muzea zamykają jednak na przerwę obiadową.
W Quito bardzo często po południu pada - szybko i konkretnie. Za to poźniej znów jest słońce. :)

Odwiedziłem Muzeum św. Franciszka (2 USD, wraz z przewodnikiem) - bardzo ciekawe! Najbardziej podobają mi się patia wewnątrz klasztorów (tutaj tu aż dwa! :)). Ołtarz jest niestety w renowacji…

Po odebraniu plecaka udałem sie do Marii. Coż za nieprzęcietny… Nie… Nieprzęcietna rezydencja - galeria, muzeum i klimat jak 150! :)

Bardzo miłą i inteligentną rozmowę wraz całą rodzinką sobie ucięliśmy przy kolacji.
Ps: Po wielu miesiacach starań zwrócili mi środki zrabowane z karty płatniczej  (Hestia)! :)

13.08.2008 (śr.)
Quito. Maria

Dzień netu! :)

http://picasaweb.google.com/aroundsouthamerica

Ekwador: Puyo i okolice (dżungla)

August 9th, 2008
Ecuador. Puyo

http://picasaweb.google.com/aroundsouthamerica

05.08.2008 (wt.)
Banos. Namiot Chez Roberto

W Banos jest kościół ku czci Matki Boskiej, słynacej z dokonania cudów w tej okolicy. Kościół ma śliczny dziedziniec (pewnie konwentowy), a także muzeum (w którym jednak nie bylem).

O 9.00 udałem się autobusem z Banos do Puyo (2 USD, 1,5h), by o 12.30 się spotkać z Susan.
Super odmianą od Peru jest to, że w busach puszczają zamiast nie do zniesienia przeze mnie “techno cumbia” - salsę - milutko ;)!

W PUYO udałem się na “paseo turistico” [”dróżka turystyczna”], znajdujące się w północnej części miasta. Zaraz przy wejściu można się udać na punkt widokowy (0,25 USD). Raczej on nie zachwyca, ale też nie jest strasznie drogi i nie zabiera za dużo czasu, żeby nie można było na niego wleźć ;).

Po przejściu około 200m paseo turistico można zwiedzić Parque Entografico Omaere. Ja tym razem się nie zdecydowałem, bo - trzeba Wam wiedzieć - że praktyka powszechna tak funkcjonuje (przynajmniejw Puyo), że gdy nie ma dostatecznej ilości osób (np. żeby się pięć “zielonych” uzbierało), to należy płacić za pozostałe osoby, gdy się chce wejść…
Takiego procederu wspierać nie będziem ;)!

Samo paseo turistico tak naprawdę nie ma nic szczególnego do zaoferowania… Ok, idzie się dźunglą zaraz obok miasta, ale żeby jakieś stworki, choćby małe zobaczyć, to raczej nie ma szans… O większych stworkach nie ma nawet co wspominać.

PUYO to takie betonowe miasto na granicy dżungli. Zaraz za płotem - “selva” [dżungla]. Jest ciepło, ale - jak to w dżungli - pada codziennie!

ą ma ok. 2km. Wychodząc skierowałem się dalej na północ (drogą do Tena) do Yana Cocha (2 USD, wycieczka 45 min., wliczając przewodnika, w moim przypadku 16-letnia latorośl płci męskiej). Jest to swego rodzaju farma, gdzie nieco stworów dźunglowych można pooglądać!
Bardzo miło mnie to miejsce zakoczyło! Naprawdę sympatycznie! Można obejrzeć między innymi: małpy (charango [szympas] i inne), tukana, papugi (wielgaśne i kolorowe, a także nasze znajome, ale z klatki w Polsce - papużki faliste), ślimaki lądowe i wodne. Dodatkową atrakcją jest możliwość pobawienia się w Tarzana, czyli fruu! na linie (canopy) :)!

W drodze powrotnej złapała mnie mega ulewa - cóż - dżungla ;)!

06.08.2008 (śr.)
Puyo. Susan&Jerome

I-net 0,60 USD / h.

Kolejne podejście do Parque Entografico Omaere (3/1,50 USD - stud., wizyta z przewodnikiem 45 min.). Można obejrzeć domy Huoarani i Shuar. Przewodnik opowiada o własciwościach roślin, a jeśli ma się szczęście (a ja miałem), można trafić na orchidee, a także np. na pająki :)!

Stamtąd udałem się do centrum Puyo, skąd jedzie autobus jeden na godzinę (więc z nudy nieco drałowalem) do Parque Botanico Los Orchideas (w zależności od ilości osób 3-5 USD). Ja wybrałem opcję 3 USD - sam, ale miałem pecha, bo znów złapał mnie deszcz - jak to było? ;) Dżungla, czy co? ;)
Ponoć wizyta z przewodnikiem jest warta swej ceny. Faktycznie właściciel sprawiał wrażenie strasznego pasjonata.
Oprócz ogrodu jest też “muzeum” z mnóstwem fotografii, jakie to stwory w tym parku można spotkać, a także kilka zasuszonych eksponatów stworowych ;). Fakt - trudno uwierzyć, że na tak małym połaci ziemi żyje tyle stworzeń)!

Wielkie dzięki w stronę mojego Taty, który to mi za młodu imputował wiedzę o różnych ptakach, motylach, poczwarkach, gąsienicach i innych insektach, która to teraz swój renesans przeżywa ;)!

W Puyo sprzedają słodycze w trzciny cukrowej (1 USD / 5 tabliczek) - straszne “mordokleje” ;)!

Z fajniejszych owoców:
chirimoya - z mnóstwem pestek
granadilla - faktycznie jak granat nieco wygląda ;)
pepino - co wcale nie wygląda jak ogórek, choć to właśnie znaczy. Jest to coś bardzo słodziutkie - mniam  ;)!

Ecuador. Hola Vida (Puyo)

07.08.2008 (czw.)
Puyo. Susan&Jerome

“Z myśla o karierze międzynarodowej [Kazik] ;)”:
The bus from Puyo to Pomona leaves at 6.15, 13.00 and 16.00. It gets back after around 2,5 hours (1 USD).
Just tell the driver to get off at waterfall (”cascada“) Hola Vida, next to BOUGAINVALLEAS HOSTAL and Centro Desideri.

They have a friendly dog, called Frederico ;)!
Frates. Antonio Valverde Flores (administrator)
BOUGAINVALLEAS Hostal (Turismo y Ayuda)
5 USD cabanas (inkl. mosquitiera, very decent conditions, with relatively very small amount of “friends” - animals, which is normal in a jungle ;)).
Via Macas, Km. 16 en el desvio a Pomona a 9 Km.
Entrada a la cascada “Hola Vida”.
rp40_antonio@hotmail.com
Porta: 09115 3636
Centro Desideri
Umberto D’Arista
becco3@yahoo.com

This is incredible how friendly these people are! We (two Swiss girls and I) just passed greetings from our common friends from Puyo and Umberto offered us a breakfast in the hostal (inkl. georgous coffee ;))!
The atmosphere was home-like: very friendly, everyone was equal (”Frates” means “brothers”), many people passing by the house (breakfast for workers, volunteers and us), opened doors for all the people of good will! :)

Just half an hour away from the hostal there is the most beautifull waterfall in this region: “Hola Vida” (1.50 USD). The waterfall is 30m high and has a pond of 5m diagonal. You go there through a nice jungle path and have a bath!

People from Centro Desieri support local communities: they organise camps for children (we witnessed Marco&Minerva’s - volunteers from Spain - classes) and they teach English to adults (a volunteer from Bulgaria/USA - Antonia).
There were classes in two communities (Vencedores and La Libertad), every other day. The games with kids last four hours (12-16), and English classes 1,5 hours (16-17.30).
This is all made for indigenous people out of philanthropic reasons, to help them do better! :) What a great idea and devotion!

There is a huge support and understanding from the side of local people needed, bacause it is sometimes hard to convince people that education is more important than for example fishing. Especially when the water level is low… ;)

So, if you are volunteer or you are just passing by, do not miss a great opportunity to be a part of “family” FRATES, eighter helping out or just staying at hostal!
It is really great! I really recommend it to anyone! Another adventage is that you can get there independently by bus, much cheaper than taking an excursion to the jungle (min. 25-35 USD / day)!

Centro Desideri is working on many projects to support local people (for instance carpentry workshop, herbal garden), giving them space, infrastucture (houses) and ingredients to perform activities!
The idea is perfect and people are georgous!!!

One of the helping projects is also supplying local people with medical care - I witnessed a veterinarian help corps, made out of four medicine students from Quito.
They go from one communuty to another treating for example cows.

I just asked for a place to pitch my tent and I was offered a bed in cabana totally for free!

The cuisine is also delicious! All made from fresh products with lot of heart put into cooking! :)
Koniec kaleczenia angielskiego ;).

Zaś Antonio zabrał mnie do cabana, gdzie weterynarze niedoszli urzadzali sobie libację i graliśmy w całkiem niewybredną grę “verdad o desfio” (”prawda czy wyzwanie”). Typowo napiszę, że śmiechu było, co niemiara ;)!

Bonus info (choć nie sprawdzone): W Tsiraku (Pitrishca) można się skontaktować z Cesarem (tel. kom. 09886 1940), by zabrał do wspólnoty Uwijint.
08.08.2008 (pt.)
BOUGAINVALLEAS Hostal.

Na śniadanko pomagam robic crepes (tylko kropelka oleju i rozlewamy ciasto po patelni :))!

From the hostal you can visit on foot Mirador Altos de la Pastaza (one hour walk, the most popular one), just next to it Mirador on the hill (quite new, I am not sure if it has already a name ;)) and Mirador Chupa Punda Puyopungo.
In the same rgion there are INDICHURIS cabana with shaman (regular price 20 USD ayahuasca, 10 USD cleaning “limpieza“).

Ja zapłaciłem 2,5 USD za robienie zdjęć (jest sporo oswojonych zwierzaków w okolicy, z nieoswojonych ponoć można oglądać kajmany w nocy w pobliskim jeziorze), 2,5 USD za nocleg w super zakaraluszonej cabanii i 15 USD z ayahuasca.
Szaman wyglądał kultowo: z kłami zwierza na szyi, długie wlosy [na szcęście nie: długie, czarne, kręcone.. zęby ;P]. Dość śmiesznie wygladąło, gdy poproszony o fotkę zaczął się dostrajać w kolejne zdobycze z Bogu ducha winnych zwierzątek ;)!

Dość dużym zaskoczeniem było spotkanie w środku dżungli całej wycieczki Polaków z MK Tramping oraz ich przewodnika Shakaia! :)

Czas na “wywarek” :)! O 19.30 w chacie szamana, po pobieżnym “oczyszczeniu” (bo z tego w wersji pełnej zrezygnowałem), szaman przy “akompaniamencie” kadzidełka, opluwa cię jakimś świństwem szeleszcząc przy tym witkami z liści.
Myślę, że ta “kolońszczyzna” pewnie może pomóc przynajmniej w odstraszeniu insektów ;)!
Po “wywarku” często się wymiotuje (część oczyszczania), a także winno się… Cóż… Doświadczyć innych stanów świadomości…
W moim przypadku, a także uczestniczki wycieczki z Polski, ten drugi objaw nie wystąpił w ogóle, a ja doswiadczyłem pierwszego po ponownej wizycie u szanana o 23.00 (budząc go) i kosztując kolejną czarkę napitku…
Bieda z nedzą po prostu… Może jest tak jak z wódką: “Dawka śmietelna x, z wyjątkiem Polaków i Rosjan” ;)!
Ponoć poprzedni uczestnicy wycieczek ze wspomnianego biura doświadczali pełnego działania “wywaru”…
No cóż… Negocjacje cenowe z szamanem dnia następnego ;)!

Taki się nasuwa film “Natural Born Killers” i wizyta państwa Mickey & Mallory Knox u szamana na pustyni - ale oni chyba San Pedro kosztowali… ;) Choć i w moim przypadku krzywdę chce się zrobić szamanowi ;)!
09.08.2008 (sob.)
Indichuris (5 USD).
Rano zacząłem negocjacje z szamanem… Trochę kiepski interes z tą ayahuasca, co to w ogóle nie działa za 15 USD plus nocleg 5 USD…
Szło z początku bardzo opornie, ale cierpliwie w końcu staneło na 10 USD za “czyszczenie” (”limpieza“) i ayahuasca felerna oraz 3 USD za nocleg.

Miła wycieczka z Polski odwiozła mnie do wejścia do wodospadu “Hola Vida” i altruistycznie postanowiłem pomóc super wspólnocie FRATES, czyli głównie Umberto i Antonio.
Praca nie była łatwa. Z początku szukalim kamlotów płaskich nad rzeką, by je zaś ułożyć na nowej ścieżce. Oj, taczuszka całkiem ciężka ;).
Na szczęście dalsza część pracy była już znacznie przyjemniejsza: mycie i noszenie kamioszków ;).
Po smacznym śniadanku wyruszyłem do PUYO. Dzień był gorący, a nie wiadomo, jaka pogoda w Quito (gdzie się wybieram dziś). Z tego powodu testom lodów, po drodze do domu Susan, nie było końca ;)!
Po zimnym, ale za to jakże orzeźwiającym prysznicu udałem się do kościółka. Zrobiłem to niejako “awansem”, bo jutrzejszy dzień w Quito stoi pod znakiem zapytania. Nie mogę się do Jeffa dodzwonić :(…
Msza była ślubna i niestety żałosna - zupełny brak skupienia i ludowszczyzna…
Szybka kimka przed podróżą i właśnie to pisze ;)!

http://picasaweb.google.com/aroundsouthamerica